RELACJA Z KONCERTU THE ROLLING STONES W WARSZAWIE!

Moi drodzy! The Rolling Stones wystąpili 8 lipca na Stadionie Narodowym! Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że zobaczę jeden z najważniejszych zespołów muzyki rockowej w historii, stwierdziłabym, że coś ma nie tak z głową. Jednakże siedząc teraz w pociągu powrotnym z naszej zacnej stolicy, mam ochotę każdemu z osobna mówić, jak było zajebiście (inaczej się nie da) i opowiadać wszystkie szczegóły.

Razem z Justyną przed PGE Narodowym.

A wszystko zaczęło się pięknego zimowego dnia, gdy w internecie pojawiła się informacja o koncercie Weteranów Rocka. Mobilizacja ze strony fanów była nieziemska, a gdy ruszyła sprzedaż biletów ich zdobycie prawdopodobnie równało się z cudem. Ja takiego cudu doświadczyłam i z tego miejsca szczerze, i z całego serca dziękuję Justynie. Gdyby nie ona, nie spełniłoby się moje marzenie! Kontrowersyjna była kwestia cen. Chyba byłyśmy we dwie jednymi z niewielu osób, która nie narzekały, aż tak na koszty. Miałyśmy świadomość, że mimo wydanych pieniędzy i poniesionych konsekwencji to jest koncert Legend Rocka, i więcej już się prawdopodobnie nie powtórzy. I tak, od 1 marca, aż do 8 lipca bilety czekały w bezpiecznym miejscu do momentu, gdy staną się najważniejszym kawałkiem papieru tej, jakże pięknej niedzieli.

Od samego rana, gdy tylko w Poznaniu wsiadłyśmy w pociąg można było odczuć atmosferę nadchodzącego wydarzenia. Ludzie w koszulkach Stonesów rozmawiający o koncercie, czy rozprawiający nad możliwą setlistą. Za każdym razem najbardziej chwytał mnie za serduszko widok pokoleń połączonych dzięki muzyce. Dziadkowie z wnukami, rodzice z dziećmi, nawet tymi najmniejszymi. Widziałam 4-letnią dziewczynkę z ojcem i dziadkiem. Była duma i było wzruszenie.

A Warszawa wyglądała jeszcze ciekawiej, niż pociąg! Jeszcze więcej ludzi w koszulkach zespołu, jeszcze więcej rozmów. Po skończonym spacerze po Stolicy, razem z Justyną udałyśmy się pod Stadion Narodowy (tak na marginesie – metro jest genialne!). Zaskoczył mnie nie widok ogromnej kolejki, lecz szybkie tempo, sprawdzania i wpuszczania ludzi. Po ogłoszeniu regulaminu byłam troszkę sceptycznie nastawiona tym, że jest podany wymiar torby, którą można wnieść, ale teraz zwracam honor! Najlepszy pomysł ever! Bez przeszukiwania, bez popychania, przepychania, spokój, wygoda i szybkość. Jest to bardzo duży plus, jak dla mnie. Po wpuszczeniu na teren przez bardzo miłą ochronę (przysięgam!), korzystając z pięknej pogody doszłyśmy do wniosku, że można przejść się wokół stadionu i zobaczyć, co się dzieje. Wśród tłumu nadchodzących fanów można było dostrzec aktora Pawła Domagałę, (którego zgubiłam w tłumie), wokalistę Nocnego Kochanka – Krzysztofa Sokołowskiego (pozdrawiamy! My to te mocno zaskoczone, ruda i brunetka w okularach!) oraz wspaniałą ekipę najlepszego poznańskiego pubu – Kultowej!

Scena już gotowa…

Około godziny 19:30 zaczęłyśmy zmierzać ku swoim wyznaczonym miejscom, aby zobaczyć, cóż to za support nam zaproponowali oraz, po to, aby potem uniknąć kolejek, przestojów, etc. Miałyśmy miejsce na trybunach, a więc wszystko było pięknie widoczne i okazało się, że dźwięk wcale taki straszny nie był, jak się go spodziewałam. Wiadomo, zawsze może być lepiej, ale, po co narzekać, gdy historia dzieje się na naszych oczach i spełniają się nasze marzenia! The Rolling Stones supportował Trombone Shorty. Był bardzo wesołym i energicznym puzonistą, i trębaczem. Do każdego jego utworu noga sama się ruszała, a połączenie jazzu, funku i rapu może podnieść poziom energii człowieka mocno w górę. Polecam sobie przesłuchać, ja na pewno w zaciszu domowym to zrobię, bo gościu mnie zaciekawił swoją muzyką.

Gdy support zakończył swój występ napięcie na stadionie z każdą minutą narastało. Nie wiadomo było, czy nagłe oklaski i okrzyki to wejście zespołu czy jedna z (bodajże) pięciu meksykańskich fal, jakie przeszły przez górne trybuny, o dolnych nie wspominając. Mimo tego, gdzieś w powietrzu wisiała groźba niepowodzenia koncertu, po wcześniejszych informacjach na temat problemów z gardłem wokalisty zespołu.

O godzinie 20:50 rozpoczął się piąty koncert The Rolling Stones w historii naszego kraju, utworem “Street Fighting Man”. Energiczne wejście zespołu na scenę mogłoby dać przykład wielu muzykom na to, że wiek nie ma znaczenia i nawet po siedemdziesiątce można mieć taką werwę. Tak, jak (przyznam się otwarcie) nie mogę patrzeć na Micka Jaggera to podczas koncertu nie mogłam oderwać od niego wzroku. “Moves like Jagger” nabiera pełnego znaczenia, gdy zobaczy się, jak on wywija nogami, rękami, jakie wykonuje ruchy, jaką on ma choreografię. Jestem pełna podziwu dla tego pana. Podczas koncertu nie zabrakło największych hitów. Setlista była delikatnie zmieniona w stosunku do praskiego koncertu. Zamiast “Ride ‚Em on Down” i “Under my Thumb” w Polsce zabrzmiało “Just Your Fool” oraz “Bitch”. Można by rzec, że brak “Angie” na liście jest mocno bolesną sytuacją, ale wykonanie na żywo “You Can’t Always Get What You Want” pozwoliło zapomnieć o tym bólu.

BITCH!

Stonesi nie bawili się w wykonywanie utworów w wersjach studyjnych. Wiele z pozycji na setliście było mocno rozbudowanych. “Miss You” ruszyło cały stadion do tańca, a największe hity oraz covery, takie jak “Like a Rolling Stone” Boba Dylana były przyjmowane z wielkim aplauzem. Gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki “Sympathy for the Devil” owacji końca nie było. Większość rytmu każdego utworu była wręcz “wyklaskiwana” przez publiczność, a w pewnych momentach wszystkie gardła zagłuszały samego Jaggera. Nie można nie wspomnieć o dwóch utworach, które wykonywał Keith Richards – „You Got the Silver” oraz „Before They Make Me Run”. Zostały one przyjęte w bardzo pozytywny sposób, co mocno gitarzystę wzruszyło. Nie zabrakło również “Brown Sugar”, a podczas bisu można było usłyszeć “Gimmie Shelter” oraz prawie 10 minutową wersję “(I Can’t Get No) Satisfaction”, która postawiła na nogi i wprawiła w ruch ręce każdego obecnego na stadionie, nie tylko płytę, lecz nawet trybuny. Cały narodowy stał i śpiewał wraz z zespołem.

Liderem całego koncertu był bezsprzecznie Mick Jagger, lecz co było równie ważne, że pomimo jego największego udziału, rola pozostałych członków ekipy nie była pomijana. Keith Richards oraz Ron Wood, dla którego mam wielki szacunek za jego energię na scenie mieli swój ogromny udział w tym wydarzeniu, a ich solówki i riffy brzmiały nadal bardzo świeżo. Wielki podziw w stronę samego wokalisty, który bardzo dobrze zwracał się do publiczności po polsku. Usłyszeć od Jaggera wyrażenia “Jesteście najlepsi”, “Jest tu Poznań?” oraz użycie zwrotu “król pierogów” podczas przedstawiania Rona Wooda chwytało mocno za serducho.

You Can’t Always Get What You Want

Zespół The Rolling Stones, który na scenie gra od 56 lat, nadal utrzymuje równie mistrzowski poziom, a Polska została przez tych geniuszy-weteranów odwiedzona czwarty raz od 1967 roku. Nie żałuję pieniędzy, koncertu, ani czegokolwiek z tym związanego. Nie zawiodłam się na nich, a wręcz jeszcze bardziej ich polubiłam. Zobaczyć na żywo Legendę Rocka… Spełnione marzenie. Spełniajcie swoje, bo naprawdę warto.

Agrafka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s