RELACJA: VADER, MARDUK, ARKONA, INSIDIUS | 02. 09. | GDAŃSK | B90

Zorganizowana przez Massive Music „deathowo-blackowa” uczta w gdańskim klubie B90, właśnie przeszła do historii. W ubiegłą niedziele, przez cały wieczór, metalowcy z pomorza mogli ujrzeć koncerty czterech zespołów, które mimo różnic w aranżacji i brzmieniu, wypadły, moim zdaniem, naprawdę przyzwoicie!

Niedzielny rozpierdol zaczęła olsztyńska grupa Insidius, która promowała swój najnowszy album Infamia. Przyznam szczerze, że śledziłem ich poczynania głównie na początku występu i resztę ich koncertu spędziłem na piciu zimnego piwka w oparach tytoniowego dymu. Co mogę zatem powiedzieć? Ano, technicznie i wokalnie (przyznaje, że Rafał Tasak ma całkiem potężne głosisko!) było bardzo dobrze i sporo osób powędrowało pod scenę, zobaczyć co do zaoferowania mają olsztyńskie dziki! Mimo, iż nie byłem obecny pod sceną w pełnym wymiarze czasowym, to wystarczyło, abym w niedalekiej przyszłości zahaczył o ich dyskografię. Z racji tego, że ani mnie ten występ nie ogrzał, ani nie oziębił, nie będę się nad nim dłużej rozwodzić.

Olsztyńskie dziki zaczynają koncert w B90

Zdecydowanie bardziej wyczekiwałem na to co pokażą blackmetalowcy z Arkony (tej polskiej rzecz jasna). Kiedy rozbrzmiały pierwsze riffy, z pełną świadomością ruszyłem pod scenę, bo już czułem, że może być dobrze. I tak też było. Khorzon z ekipą dali solidną rozgrzewkę przed daniem głównym. Grupa zagrała kilka utworów ze starszych płyt, przeplatając je z kawałkami ostatniej płyty Lunaris z 2016 r. Poza dawką świetnej muzyki, panowie także stworzyli klimat swoim wizerunkiem. Tradycyjny corpse paint i białe bluzy z kapturem u gitarzystów (które notabene są ich znakiem firmowym) tworzyły bardzo ciekawy klimat. Podobały mi się również przerwy pomiędzy utworami, ponieważ w większości kończyły je klimatyczne ambienty, a te bardzo mi odpowiadają w black metalu (oczywiście bez zbędnej przesady). Co do scenicznych smaczków, zauważyć można było wisielczy sznur, który zawieszony był na statywie od mikrofonu. Ogólnie rzecz ujmując, całościowo wywarli na mnie pozytywne wrażenie i coś czuję, że nie był to mój ostatni koncert z ich udziałem.

Słowiański powiew metalu w wykonaniu Arkony

Po kwadransie, wszyscy już rozglądali się za pierwszym headlinerem wieczoru. To moje pierwsze spotkanie z Mardukiem i byłem strasznie ciekawy jak szwedzki moloch wypada na żywo. Długo nie musiałem czekać, by przekonać się o ich sile rażenia. Pierwszym strzałem w pysk był przekozacki Panzer Division Marduk, którym grupa rozpoczyna koncerty od dłuższego czasu. Nie ma chyba lepszego przywitania z publicznością niż właśnie ten kawałek. Pełen profesjonalizm, energia, agresja, piekielnie szybkie granie – tak pokrótce można opisać ich występ.

Dało się odczuć, że mamy do czynienia z prawdziwą legendą blacku,  począwszy od pierwszych gitarowych riffów, aż do ostatniego stukotu perkusji Fredrika Widigsa. Dodatkowa laurka należy się przede wszystkim charyzmie Mortuusa. Ruchy sceniczne, relacja z publiką i wokal naprawdę robiły wrażenie. Koleś emanował istnym popierdoleniem i budził dziwny niepokój. Co do setlisty, była ona dobrze wyważona. Usłyszeliśmy kawałki z najnowszej Viktorii, ale też kultowego Wolves z płyty Those of the Unlight , Of Hells Fire z Nightwing czy The Blond Beast z równie dobrego Frontschwein. Pomimo ochów i achów, wrzucam jednak jeden, mały kamyczek do ogródka. Z racji występu Marduka w Polsce, liczyłem bardzo na Warschau, który jest jednym z moich ulubionych utworów tej grupy, no ale nie można mieć wszystkiego. Oceniam całość za kapitalny występ i przy najbliższej okazji, chętnie zobaczę ich jeszcze raz. Marduk potwierdził tylko, iż w dalszym ciągu jest blackmetalową maszyną do zabijania, nie tylko na płytach, ale i na żywo.

Mortuus w akcji

Zawsze miałem problem z Vaderem, ponieważ poza kilkoma kawałkami, nigdy do siebie mnie nie przekonali. Miałem dużą nadzieję, że Peter i reszta, odmienią ten stan rzeczy występem na żywo.  Generalnie zespół wjechał równie dobrze jak Marduk, ale z biegiem upływającego czasu było coraz bardziej średnio. Z racji 25-lecia The Ultimate Incantation, jasnym było, że dominować będą utwory właśnie z tej płyty. Kawałki takie jak Dark Age czy Decapitated Saints było miło usłyszeć na żywo, ale całościowo bardziej mnie to wymęczyło niż zaciekawiło. Ożywiłem się nieco na Triumph of the Death oraz na końcówce, kiedy zagrali Halleluyah!!! (God Is Dead). Natomiast reszta występu, była jak najbardziej profesjonalna, ale jakby przeszła obok mnie. Trzeba jednak przyznać, że grupa miała ciekawą aranżację sceniczną. Pierwszą charakterystyczną rzeczą, było wyniesienie na piedestał perkusji o jakieś kilka metrów w górę, co dawało ciekawy efekt. Następnie pirotechnika, która nie tylko od czasu do czasu była używana na scenie, ale także na samym końcu buchnęła z gitarowych gryfów.

Rozpalony do czerwoności Vade

Podsumowując: death metal w dalszym ciągu nie jest dla mnie, pomimo iż naprawdę staram się do niego przekonać. Szanuję Vadera za umiejętności muzyczne i za to jaką stał się marką na świecie (w szczególności w Ameryce Południowej), ale zaryzykuje stwierdzenie, że raczej już się nie wybiorę na występy olsztyńskiej legendy.

Krystian „Kola” Kolatowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s