TOP 10: Filmy, które pogłębią Twoją jesienną deprechę (CZĘŚĆ 1)

Jesień już tuż tuż, tak więc pomyślałem sobie, że taki zestaw jest jak najbardziej na miejscu.

No bo kto się nie lubi dobijać filami, które potrafią zetrzeć nawet najszczerszy uśmiech z każdej twarzy? Przed Wami pierwsza odsłona cyklu o filmach mega dołujących. Bierzcie i oglądajcie z tego wszyscy!


SKRAWKI (1997, reż. Harmony Korine)

Ten film może też zniechęcić do jedzenia, na przykład makaronu. Korine postawił na realistyczne, brudne otoczenie skontrastowane z momentami dość surrealistyczną fabułą. Bohaterowie są dziwakami, wyrzutkami, nie są piękni i wymuskani. Ich żywot naznaczony jest przemocą, patologiami i psychicznym terrorem. Ten sam wesołek Korine popełnił wcześniej również przejmujące Dzieciaki i zdewastowane przez publikę i mieszanie odebrane przez krytykę Spring Breakers. Skrawki są jednak jego najbardziej chyba przytłaczającym dziełem, które zostawia trwały uraz w głowie.


PRZEŁAMUJĄC FALE (1996, reż. Lars Von Trier)

Jeden z najlepszych filmów Larsa. Nieskażony pretensjonalnością jak chociażby Antychryst, ascetyczny, wrzucający widza w pewną ułożoną społeczność, której nie podoba się wywrotowe małżeństwo głównej bohaterki (fenomenalna Emily Watson). Kiedy mąż Bess ulega wypadkowi, jego lekko upośledzona umysłowo żona zrobi dla niego wszystko, nawet odda się innemu jeśli ten ją do tego zmusi. Będzie to miało drastyczne konsekwencje dla dziewczyny i widza, który może złapać głębokiego doła po przejmującym finale.


KIEŁ (2009, reż. Giorgos Lanthimos)

Specyficzny, odcięty od rzeczywistości obraz, w którym świat młodych ludzi jest wywrócony do góry nogami przez despotycznego ojca, wmawiającego dzieciom bzdury wybitnego kalibru. Trochę to taka krytyka indoktrynacji rodzicielskiej, uszczypniecie systemu wychowawczego mocno i to nie w policzek. Szorstkie, pozbawione emocji sceny seksu, zwyrodnienia wynikające z chorego systemu wartości i zaskakujący otwarty finał sprawiły, że film przebił się do szerszego grona odbiorców i był kandydatem do Oscara za film nieanglojęzyczny. Poczujecie się spoliczkowani i długo po seansie nie wyjdziecie z szoku. I nie zapomnijcie też obejrzeć fenomenalnego Lobstera tego samego reżysera!


ZDJĘCIE W GODZINĘ (2002, reż. Mark Romanek)

Przybijająca opowieść o bardzo samotnym mężczyźnie, który stworzył niebezpieczny wyimaginowany świat, w którym jest częścią pewnej rodziny. Znakomita kreacja świętej pamięci Robina Wiliamsa, pokazująca go od tej strony, jaka mogła mu towarzyszyć przez ostatnie lata na co dzień. Wyobcowanie, alienacja, zdziwaczenie, nie możność pogodzenia się z otoczeniem. Film dołuje jeszcze bardziej w kontekście tego, że Williamsa nie ma już z nami. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś do niego powrócę.


HAPPINESS (1998, reż. Todd Solondz)

Solondz snuje bardzo gorzką opowieść o ludziach nie mogących dostosować się do otaczającego świata. Odpychająca kreacja Philipa Seymoura Hoffmana udowadnia jak wielkiego formatu aktorem był. Bardzo kontrowersyjny jest też wątek ojca-pedofila i jego trudnej walki z pociągiem seksualnym do kolegi syna. Film jest ponury, a humorystyczne z założenia sceny nie równoważą się z ciężkim klimatem i zamiataną pod dywan tematyką pełną tabu. Tak mogłoby wyglądać bardzo skrzywione American Beauty.


PLAC ZBAWICIELA (2009, reż. Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze)

Pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich można wpaść w długi i zacząć się kłócić, tak że życie rodzinne zawiśnie na włosku. Jeden z tych filmów, który niczego nie ubarwia, nie odczarowuje, pokazuje życie zwyczajnej rodziny takie jakie jest: kryzys może zabić i najsilniejsze uczucie, zepchnąć miłość na dalszy plan. A do tego widać wyraźne relacje między teściami a małżeństwem, któremu daleko do docinków rodem z Miodowych lat. Kino walące po ryju mocniej niż napompowana emowatością Sala Samobójców i bardziej wykrzywiająca twarz w gorzkim grymasie niż Pod Mocnym Aniołem. Od czasu Długu polskie kino nie pokazało czegoś tak przerażającego.


NIEODWRACALNE (2002, reż. Gaspar Noe)

Najbardziej dołujące jest to, że nie da się cofnąć czasu. Nie da się przeprosić tych, których nie zdążyliśmy przeprosić, a już ich z nami nie ma, nie da się poskładać związków do kupy kiedy uczucie się wypaliło, nie da się bardzo często wybaczyć zdrady, oszustwa, milczenia. Najgorsze jest to, że ten film puszczony od tyłu jest równie dołujący. Bezkompromisowa przemoc, wlekąca się niczym najgorsza tortura scena gwałtu, cofnięcie wszystkiego do sielankowego początku. Ten film przejeżdża po człowieku niczym walec, można próbować oglądać przez palce, można spróbować o nim zapomnieć. Niestety, to ten sam przypadek co 21 gramów, im bardziej chcesz go wyrzucić z głowy tym bardziej nie możesz.


MUSIMY POROZMAWIAĆ O KEVINIE (2011, reż Lynne Ramsay)

Film zamykający usta na długo, generujący poważne dyskusje na temat wychowania oraz terroryzowania rodziców przez pociechy. Skąd w Kevinie narosło tyle zła? Gdzie został popełniony błąd? W ilu rodzinach są jeszcze podobne, demoniczne latorośle, nic sobie nie robiące z wyniszczania rodziny od środka. Film bardzo ważny, prowokujący i wbijający szpilę w balon dobrego samopoczucia. Tak wyrazistego dramatu psychologicznego ze świecą szukać. Mroczny i bardzo mocny. Nie polecam do rodzinnego obiadu.


REQUIEM DLA SNU (2000, reż. Darren Aronofsky)

Dynamiczna, teledyskowa formuła, tony dragów, znakomite, przybliżające do perspektywy bohaterów ujęcia, przyspieszone sceny, powtarzające się sekwencje, hipnotyzująca muzyka, bardzo szczegółowo skonstruowana opowieść o dążeniu do autodestrukcji. Dzieło traktuje o uzależnieniach, o traceniu kontaktu z rzeczywistością, a przerysowany, mocno pachnący dydaktyzmem finał ma być ostrzeżeniem dla młodych ludzi. Abstrahując od misji jaką ma ten film, im bardziej zagłębiamy się w fabułę tym smutniej się robi widząc jak na naszych oczach bohaterowie sypią się jak domki z kart. Wybitna kreacja Ellen Burstyn, Jared Leto w świetnej formie, zmaltretowana Jennifer Connelly i tak bardzo nietypowy dla tego rodzaju kina, znakomity Marlon Wayans. Pozycja obowiązkowa, ale nie jestem pewny czy akurat na jesień…


FUNNY GAMES (1997, reż. Michael Haneke)

Zasiadając przed ekranem widz nie wie, że reżyser zastawił na niego pułapkę. Owszem, szybko można ogarnąć, że tytuł jest przewrotny, wystarczy obejrzeć trailer. Problem w tym, że po seansie można wpaść w konsternację i zorientować się jak bardzo oszukują nas twórcy dobrze kończących się filmów. Film zadaje też widzowi pytania w rodzaju: czy jarasz się ekranową przemocą? Czy lubisz oglądać tortury? Czy zawsze uważasz, że wszystko skończy się dobrze? Jeden z moich ulubionych dołujących eksperymentów, którego wersję zamerykanizowaną mogliśmy zobaczyć w 2007 roku.

I to by było na tyle na dziś, do przeczytania next time!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s