RECENZJA: MANDY – NICOLAS RAGE W PSYCHODELICZNYM HORRORZE

O tym, że Nicolas Cage był bardzo dobrym aktorem obecnie jest łatwo zapomnieć. O tym, że zdobył Oscara za rolę w dramacie Zostawić Las Vegas, gdzie wcielał się w uzależnionego od alkoholu mężczyznę tym bardziej. Swego czasu ten gość stał się wręcz chodzącym memem, a jego przeszarżowana gra obiektem niewybrednych żartów. W niezależnym art-houseowym i czerpiącym garściami z estetyki kina eksploatacji horrorze Mandy dalej tkwi w swoim rozwrzeszczanym, wściekłym wizerunku, lecz tym razem cała historia, prosta jak konstrukcja cepa, po prostu tego od niego wymaga. Smakowicie ogląda się go w roli mściciela, który dokonując dekapitacji odpala peta od płonącej głowy. A to tylko jeden z niewielu smacznych momentów jakie oferuje film Panosa Cosmatosa. 

Zaiste w tym filmie Nick jest panem życia i śmierci… 

Nie dziwią mnie zupełnie skrajne oceny w przypadku tego dzieła. Film ma bowiem niespieszne tempo, ekspozycja bohaterów przeciąga się w nieskończoność, a widz ma uwierzyć w silną relację między Redem (Cage) a tytułową Mandy (Andrea Riseborough). Mamy więc leśną, mroczną, halucynogenną wręcz scenerię, skąpaną w bardzo nasyconych, mieniących się rozmaitymi odcieniami kolorach. Mamy bohaterów, którzy rozmawiają ze sobą w lekko nienaturalny, bardzo natchniony sposób. Mamy też bandę popaprańców, z przywódcą sekty na czele, którzy upodobali sobie Mandy jako osobę wyjątkową. Nie ma tutaj jasno nakreślonych motywacji, wszystko jest spowite aurą tajemniczości, „diabelskości”, jakiegoś nieuchwytnego opętania. Reżyserowi i scenarzyście w jednej osobie udaje się wykreować klimat rodem z odjechanego horroru, który eskaluje widzowi dosadną przemocą prosto w twarz.

To jest zdecydowanie jedna z tych produkcji spod znaku „kochaj albo rzuć”, z której jedni wyłowią mistyczne, smakowite odniesienia do niskobudżetowego kina z przełomu lat 70 i 80, a inni będą widzieć jedynie wydmuszkę z wątle zarysowaną fabułą. Dyskutować nad istotą, sednem tego filmu można by godzinami, a i tak nie doszłoby się do żadnego konsensusu. Nasze odczucia wobec tego filmu determinować będzie to czy łykniemy jego formę, dbałość o detale takie jak operowanie światłem i mrokiem, kolorystyczne zmiany w zależności od nastroju scen i ten cały przegięty koncept zemsty jaka rozgrywa się w drugiej połowie filmu kiedy Nick Rage po nafaszerowaniu się zbyt srogimi dragami zaczyna taranować wszystko na swojej drodze.

Mandy ma w sobie coś z czarownicy. Nic dziwnego, że zwróciła na siebie uwagę sekty.

Mandy jawi mi się jako swoisty hołd, dla kina, które już w czasach swojej „świetności” było niezrozumiałe dla masowego widza, które było przeznaczone dla pokręconych koneserów oddających się takim seansom pod wpływem rozmaitych używek. W filmie jest nawet miejsce dla animowanych sekwencji rodem z najgorszych koszmarów, złowrogich symboli, metafor, groteski i absurdu. A całości dopełnia klimatyczna muzyka nieżyjącego już  Jóhanna Jóhannssona, islandzkiego czarodzieja, który skomponował ścieżki dźwiękowe do Nowego początku, Sicario, Labiryntu czy Teorii wszystkiego. Podsumowując: koneserzy kina na maxa pojebanego powinni być zachwyceni, Ci którzy bardziej cenią sobie treść niż formę raczej dzieła twórcy Za czarną tęczą nie kupią. Ja „bawiłem się” przednio i podejrzewam, że gdyby film było mi dane obejrzeć w kinie to kilka razy mógłbym się nieźle wystraszyć. Solidne 8/10 i do przeczytania next time!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s