Dlaczego nasz kraj potrzebuje Nergala?

Nowy krążek Behemoth zatytułowany I Loved You At Your Darkest ukaże się już 5-go października i oczywiście zostanie ostukany i opukany ze wszystkich stron przez wszelakiej maści recenzentów. W sieci pojawiają się kolejne single i towarzyszące im teledyski, w prasie kolejne wywiady i zajawki, ba, nawet reklama karmy dla psów miała miejsce… Adam „Nergal” Darski ponownie jest na świeczniku i konsekwentnie dzieli się swoimi przemyśleniami na temat otaczającego go świata. I oczywiście uruchamia tym samym swoich zwolenników jak i przeciwników, każdym słowem nakręcając marketingową machinę. Zamiast po prostu przesłuchać najnowszy album tej grupy i napisać o nim słów kilka postanowiłem bliżej przyjrzeć się szumowi jaki Nergal wciąż generuje i odpowiedzieć na postawione w tytule wpisu pytanie. Zapraszam do czytania! 

Owszem, jestem zwolennikiem twórczości Behemoth. Jeśli to wyznanie z miejsca skreśla dalsze czytanie mojego wpisu to pozdrawiam tych, którzy w tym momencie przestaną czytać. Nie zamierzam tutaj prowadzić dochodzenia na temat korzeni boomu na osobę Nergala, bowiem czynników jest tutaj całe mnóstwo. Jedni powiedzą, że „zawiniła” Doda, inni, że białaczka, jeszcze inni wynajdą bardziej złożone teorie dlaczego on, a nie ktoś inny. Faktem jest, że osoba Adma Darskiego polaryzuje nie tylko środowisko metalowe, ale też pojawiła się w świadomości osób ze sceną muzyczną niezwiązanych, o czym przekonałem się rozmawiając wielokrotnie z osobami, które, jak to się mówi, z całej twórczości Metalliki kojarzą tylko Nothing Else Matters. Dla nich Nergal funkcjonuje na zasadzie kogoś kontrowersyjnego, nadwornego satanisty naszego kraju, którego śmiało można postawić obok takich postaci, jak dajmy na to, Jerzy Urban. Są też tacy, którzy nie kumając muzyki tworzonej przez Nergala i spółkę przyznają otwarcie, że imponuje im to, jak wiele osiągnął, ba, zdarzyło im się widzieć go w programie typu talent show i uznali go za całkiem sympatycznego.

Zupełnie inaczej osobę Nergala traktują osoby zaangażowane w polską scenę metalową, którzy także dzielą się na skrajne obozy. I o ile fani Behemoth po prostu odnoszą się do jakości muzyki, krytykując bądź chwaląc kolejne poczynania jego grupy, to już przeciwnicy zawzięcie zarzucają mu bycie „odpustowym szatanistą”, który za nic ma ideały przyświecające muzyce ekstremalnej. Problem w tym, że ja tego nie kupuję, choć z takiego obrotu sytuacji też się cieszę, co spróbuję jakoś za chwil kilka jakoś sensownie wyjaśnić. Ktoś mi kiedyś zabił ćwieka twierdząc, że nie ma czegoś takiego jak komercjalizacja muzyki jako takiej. Owszem, artyści ewoluują, rozwijają się, jedni idąc w stronę bardziej przystępnych dźwięków, inni idąc w stronę eksperymentów, a jeszcze inni po wątpliwym flircie z masową popularnością postanawiają wrócić do korzeni. Tak czy siak muzyka nie stoi w miejscu, mody wciąż się zmieniają, niektóre gatunki takie jak nu-metal, czy emo odeszły do lamusa i są właściwie zapisem pewnej epoki.

Muzyka ekstremalna, a więc death metal czy black metal też nie stoi w miejscu, a co bardziej stojący w rozkroku dziennikarze muzyczni doklejają rozmaite etykietki do gatunków takie jak „post” „melodyjny”, „awangardowy”, czy „progresywny”. Idąc tym tropem muzyka Behemoth była już określana mianem „blackened death metalu”, a po ukazaniu się The Satanist pojawiły się porównania do tuzów prog rocka i prog metalu. Black metal lat 80-tych będący krzyżówką heavy metalu, z ordynarnym punk rockiem, charakteryzujący się chałupniczą produkcją i wybitnie „anty” treściami jawił się w tamtych czasach jako muzyka przeciwko systemowi, mający na celu pokazanie środkowego palca przemysłowi muzycznemu, który zdominowany był przez grupy z nurtu cukierkowatego „pudel” bądź też „hair” metalu. Rzecz w tym, że nawet jeśli twórcy nie życzyli sobie by ich muzyka trafiała do rozgłośni radiowych, a ich muzyka była przeznaczona dla wąskiego grona odbiorców to wciąż na celu miała jeden istotny, drobny szczegół: sprzedać się. Koszulki, płyty, koncerty, cała sceniczna otoczka miały na celu po prostu się sprzedać. Owszem, towarzyszyły temu ideały, nie można zarzucić grupom takim jak Mayhem, Marduk czy Bathory brak autentyczności, ale przecież samą szczerością przekazu nie szło chleba kupić. Metal ekstremalny stał się więc zjawiskiem tak samo popkulturalnym jak wszystko inne, można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że black metal poprzez związane z nim, delikatnie ujmując, kontrowersje angażował coraz to więcej osób, tym samym komercjalizując się, sprzedając. Nie da się ukryć, że grupy takie jak Cradle of Filth czy Dimmu Borgir zostały wygnane na muzyczną banicję przez ortodoksów,  przez coraz bardziej bombastyczne produkcje swoich krążków. Ale też czy można mieć za złe ich twórcom, że chcą czerpać z granej muzyki korzyści finansowe zamiast dalej pielęgnować sentymenty i udawać, że nie potrafią grać? Okej, może to złe przykłady, bowiem zarówno Kredki jak i Dymne Borki trącą obecnie mocno plastikiem, weźmy w takim razie pod lupę taki Watain, albo Furię lub Mgłę. Są to grupy niekomercyjne, ale i komercyjne jednocześnie. Ich muzyka jest bowiem dalej bezkompromisowa, ale z drugiej strony całkiem nieźle się sprzedaje i bez wahania mogę stwierdzić, że Nihil mógłby zacząć dążyć do statusu Negala, gdyby mu się chciało… wróć, gdyby nie miał tego w dupie.

A Nergalowi się po prostu chce. Mogę się mylić, mogę wychodzić z błędnego założenia, ale wydaje mi się, że bardziej niż tym wszystkim przypadkom, związkom, chorobom Nergal swój sukces zawdzięcza po prostu sam sobie. Że jest na tyle uparty, konsekwentny i sprytny, że widząc w jaki sposób odbiera go przede wszystkim najbliższe środowisko, to z którego się wywodzi, po prostu reaguje. Owszem, w jego postępowaniu może być nieco wyrachowania i świadomości, że zostanie odebrany jako teatralny, przerysowany, z napęczniałym ego. Owszem, dla wielu odbiorców jego twórczość mogła się „skończyć” na pierwszych demówkach (które nomen omen w odświeżonych wersjach trafiają do sprzedaży), lecz w miejsce kilku co bardziej zatwardziałych fanów wkraczają nowi, kij w to, że właśnie zaczęli liceum. Lubię kiedy w dyskusjach na temat pozerstwa Nergala przywoływana jest postać Petera z Vader, który od ponad 30 lat stoi na czele death metalowego commando i konsekwentnie nie wystawia nosa z dawno temu obranej konwencji. A mi się po prostu wydaje, że Peter, podobnie jak Nihil ma to po prostu w dupie. Jest postacią kultową, jego grupa zanim zaczęła być znana w naszym kraju rozbijała się po Japoniach czy inszych krajach bardziej egzotycznych będąc jednym tchem wymieniania z Deicide, Morbid Angel, czy Cannibal Corpse. I owszem Vader miał swoje 5 minut, w tym dziwnym dla naszego kraju momencie kiedy jednak teledyski kapel metalowych się pojawiały w nie mającym nic wspólnego z muzyką obecnie 4FUN TV. The Beast było czymś na pograniczu zagrywki w rodzaju „spróbujmy w hity”, a każdy kolejny album po prostu umacniał ich i tak wysoką pozycję. Peter po prostu się nie bawi w bycie gwiazdą, porównywanie ścieżek jakie przeszły Behemoth i Vader, zarzucanie jednym komercjalizacji, a drugim po prostu dbanie o wierne grono fanów, to czysty absurd. Chciałem jedynie podkreślić, że Cannibal Corpse ma ponad MILION fanów na samym Facebooku, Morbid Angel próbowało nieudanego flirtu z industrialem rodem z płyt Mansona, a Deicide… hmmmm, posłuchajmy Deicide, a potem odpalmy kilka ostatnich krążków.

Nergal wyrasta na chłopca do bicia, który najwyraźniej lubi takie gierki. Bywa, że w typowy dla siebie sposób jest uszczypliwy, wredny, lub odpowiada po swojemu na krytykę, mając świadomość, że firmuje swoją ksywą karmę dla psów w kształcie odwróconych krzyży. I takich Nergali nasza scena muzyczna jak najbardziej potrzebuje. Gdzieś mi tam świta, że Adam jest obecnie odbierany przez ten sam pryzmat, co kiedyś Marilyn Manson, który stylizował się na Antychrysta. Nie takich skandalistów jak oni nasza planeta nosiła na swoich barkach, wystarczy wspomnieć G.G. Allina, który ze swojej twórczości stworzył niesmaczny dla większości performance. O ile nasz kraj byłby uboższy gdybyśmy nie mieli takiego „diabełka z pudełka”, wyskakującego co jakiś czas, by przypomnieć o tym, że jest zadrą w tyłku co bardziej zatwardziałych katolików, ale też muzycznych purystów, którzy najchętniej dalej tkwiliby w latach 80-tych. Oczywiście nigdy nie będzie jednogłośnego poklasku twórczości zespołu i poczynań Nergala, ale też nie chodzi mi o to by ludzie przestali go hejtować, bo jeśli przestaną to stanie się po prostu nijaki i będzie mógł zwinąć manatki. Co prawda ILAYD zapowiada się jako logiczna kontynuacja tego co działo się na The Satanist, jeszcze bardziej przystępnie, jeszcze bardziej selektywnie, klarownie, jako dzieło dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, ale nie oznacza to przecież, że jest nieautentyczne, że nie stoi za nim wiarygodny koncept. Nawet jeśli towarzyszyć temu będą kolejne nietraktowane na poważnie akcje, nawet jeśli Nergal będzie chodzić w sukience i w czapie, którą jak gdzieś przeczytałem, porównuje się do wielkiego pieroga, to i tak będę uważać, że jego sztuka dalej idzie w parze w tym co mu serducho dyktuje.

Kończąc mój wywód zaznaczę jedynie, że już wkrótce Behemoth będzie promować swój najnowszy krążek w Empikach i na pewno pojawię się na spotkaniu w Poznaniu i chętnie posłucham co tam Nergal i ekipa mają ciekawego bądź zabawnego do powiedzenia. A i standardowej recenzji najnowszego krążka się spodziewać powinniście. Tyle ode mnie na dziś, do przeczytania next time!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s