RECENZJA: PIERWSZY CZŁOWIEK, CZYLI KAMERALNIE O NEILU ARMSTRONGU

Damien Chazelle to facet, którego bez przesady można nazwać wizjonerem. Mając 33 lata jest posiadaczem Oscara, a dwa jego filmy mają ich na koncie łącznie dziewięć (wraz z jego własnym, za najlepszą reżyserię). I choć jego najnowszy film, będący biografią pierwszego człowieka, który spacerował po księżycu, wydaje się bardzo odległy od Whiplash La La Land,to jednak koresponduje z poprzednimi dokonaniami w zaskakujący sposób. O ile bowiem marzenia Andrewa Neimanna, Sebastiana i Mii były przyziemne, to Neil Armstrong dążył do uwiecznienia siebie na dużo większą, kosmiczną skalę. Rzecz w tym, że postacie te, zarówno fikcyjne jak i rzeczywiste łączy niesamowity upór w dążeniu do swoich celów, kosztem życia prywatnego i często niezrozumienia ze strony najbliższych. 

Whiplash był filmem głośnym, rozedrganym, pełnym nerwowości, krzyku oraz przysłowiowej krwi, potu i łez. La La Land natomiast mienił się barwnymi scenami tańca, wzruszającymi, zapadającymi od razu w pamięć piosenkami i był świadomym hołdem dla najlepszych musicali w historii kina. Pierwszy człowiek jest natomiast wyciszony, kameralny, obdarty z bombastyczności, którą na upartego można by przecież do historii upchnąć. Niespieszne tempo wydarzeń, kolejne nieudane i ryzykowne próby udoskonalania kosmicznych maszyn, strudzona twarz Ryana Goslinga, który jest tak bardzo „zwyczajny” w swojej kreacji. Mam wrażenie, że w filmie tym bardzo dużo się milczy, szczególnie relacje z bardzo wyrozumiałą dla głównego bohatera żoną (Claire Foy) są nakreślone w taki niedopowiedziany sposób. Dopiero gdzieś w końcówce drugiego aktu dochodzi do eksplozji duszących się w pani Armstrong emocji, szczególnie, że podczas misji Apollo 11 WSZYSTKO mogło pójść nie tak.

Postać Armstronga nie jest gloryfikowana, na tle innych, jedynie przemykających na ekranie bohaterów nie jawi się jako gwiazda, to człowiek wyciszony, naznaczony osobistą traumą, która jednocześnie nie pozwala mu spać spokojnie, ale też utrzymuje go przy życiu i pozwala osiągnąć „niemożliwe”. Ten film łatwo można było zepsuć nadmiernym dramatyzmem, pompatycznością, tym wszystkim co sprawia, że filmy o podbijaniu kosmosu oglądamy z przymrużeniem oka, bowiem ludzie są w nich pokazani jako niezwyciężeni, nieomylni i przygotowani do starcia z kosmicznymi najeźdźcami. Oczywiście ten film jest oparty na faktach, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który uważa, że filmy biograficzne nie są często niezgodne z historią lub podają ją w „nadnaturalny” sposób. Pierwszy człowiek nie jest przejaskrawiony, a mimo to robi na widzu wrażenie szczególnie w ostatnim akcie, gdzie sam start rakiety i lądowanie na księżycu są pokazane w niesamowity wizualne sposób. Widać ten ogrom kosmosu, widać że to jest rzeczywiście mały krok dla człowieka, a wielki dla ludzkości.

Jeśli miałbym znaleźć jeszcze jeden punkt styczny z poprzednimi filmami Chazelle’a to byłaby to… ścieżka dźwiękowa. Po raz trzeci reżyser współpracował z Justinem Hurwitzem, który tym razem nie miał okazji zaszaleć, ale stworzył kilka motywów, które w subtelny sposób kojarzyły mi się ze ścieżką dźwiękową do La La Land. I w taki sposób, moi drodzy wyrabia się charakterystyczny sznyt twórczy, nawet jeśli reżyser przekładał na język filmowy nie swój scenariusz (za który odpowiada Josh Singer, nagrodzony Oscarem za Spotlight). Nie zdziwię się więc jeśli film skosi dużo nominacji do złotych statuetek, historia znana nam chociażby z roku 2014, w którym wysypały się nagrody dla Grawitacji może się powtórzyć.

Podsumowując, jest to bardzo dobry film, twórcy, który już nie jest „obiecujący”, lecz stawia pewne, konsekwentne kroki w swojej karierze. Neil Armstrong mógł zostać pośmiertnie nagrodzony filmem-laurką, zamiast tego zobaczyliśmy swoisty portret intymny, który część widzów może i pozostawi obojętnych, inni natomiast dostrzegą, jak zwykły był pierwszy człowiek, który zobaczył naszą planetę z księżyca. Ode mnie mocne 8/10, zdecydowanie polecam udać się do kina, szczególnie dla sceny samego lądowania. Ode mnie tyle na dziś, do przeczytania next time!

Za udział w seansie serdecznie dziękuję poznańskiemu kinu studyjnemu Rialto: http://www.kinorialto.poznan.pl/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s