PRZEDPREMIEROWO: BOHEMIAN RHAPSODY, CZYLI BIOGRAFIA DOŚĆ PROBLEMATYCZNA

Wczoraj miałem okazję zobaczyć przedpremierowo Bohemian Rhapsody w poznańskim Cinema City IMAX i po seansie miałem nie lada orzech do zgryzienia, bowiem film ten można analizować na kilku rozmaitych płaszczyznach. Na stołku reżyserskim zameldował się Bryan Singer, najbardziej do tej pory kojarzony z kultowymi Podejrzanymi i serią o X-Menach, a do sieci docierały niepokojące informacje o rotacjach osób związanych z projektem. Zwiastun mnie oczarował, ale wiadomo jak to z zajawkami bywa, równie dobrze mogłem dostać zbitkę najlepszych scenek z filmu. Także jednocześnie czułem ekscytację, ale i niepokój, że film będzie nosić wyraźne znamiona majstrowania przy nim zbyt wielu osób jednocześnie. Ostatecznie film wedle własnego sumienia uznaję za „bardzo dobry” (czyli 8/10), ale niezupełnie ze względu na samą opowieść w nim pokazaną. 

Zaznaczę na wstępie, że jeżeli spodziewacie się po tej produkcji wnikliwej analizy osobowości Freddiego Mercury’ego to możecie się srogo rozczarować. Wiadomo, że była to postać ekscentryczna, szalenie barwna, dążąca do pozostawienia po sobie pomnika trwalszego niż ze spiżu. Pod tym względem film jest dość mocno poszatkowany, pokazuje raczej pewne fragmenty, wyrywki z życia prywatnego artysty, jego stosunek do własnego pochodzenia, poszukiwanie tożsamości, introwertyzm i ekstrawertyzm, lecz nie podejmuje próby odczarowania muzyka i pokazania jego najbardziej ludzkiego, nienadprzyrodzonego wcielenia w takim stopniu w jaki by mógł. Nie ma więc zbyt pikantnych scen, nie ma ukazania współprac z innymi artystami, a kilka scen choć brawurowo zagranych nijak się ma do rzeczywistości (nie chcę tutaj spojlerować, ale poczytajcie sobie o pewnych etapach twórczych Mercury’ego, a potem obejrzyjcie film i porównajcie nieścisłości). Jako film biograficzny, Bohemian Rhapsody jawi się więc jako laurka ze śmiertelną chorobą gdzieś w tle. Nie ma tu zbyt wiele miejsca by się wzruszyć losem Freddy’ego, ale też z ekranu padają słowa, które kieruje do swoich kolegów z zespołu by się nad nim nie litowali i skupiali na niesamowitej sztuce jaką przez lata generowali. Scenariusz to po prostu kropka w kropkę „od zera do bohatera”, czy też w tym przypadku prawdziwej legendy. Obowiązkowa jest więc pewna skrótowość, można odnieść wrażenie, że początki zespołu zostały potraktowane dość po macoszemu, to samo tyczy się tras koncertowych, których widzimy właściwie tylko skromne urywki.

Co więc w filmie jest aż tak dobre, że wystawiłem aż 8/10? QUEEN moi drodzy! Ten film jest stworzony do tego by część scen po prostu wyśpiewać wraz z bohaterami. Casting jest po prostu rewelacyjny, nawet patrząc na Ramiego Maleka, który dla mnie do tej pory był po prostu Eliotem Aldersonem z Mr. Robot bardziej widziałem wokalistę grupy Queen niż samego aktora. Szczególnie kiedy pokazywano go w latach 80-tych, z tym charakterystycznym wąsem. Pozostali aktorzy również do złudzenia przypominają swoje rzeczywiste odpowiedniki, a widać to jeszcze wyraźniej dzięki fragmentowi autentycznego koncertu podczas napisów końcowych. Montaż dźwięku jest tu rewelacyjny, twórcy zadbali byśmy nawet na chwilę nie wyłapali jakieś braku synchronizacji, a przecież doskonale wiemy, że to nie Rami śpiewa te wszystkie klasyczne utwory. Także od strony technicznej ten film jest fantastyczny, a wszelakie braki wynagradza scena ostatnia. Moi mili państwo, za odtworzenie koncertu Live Aid, należą się zdecydowanie owacje na stojąco, to najbardziej porywająca część tego przedstawienia, jakby autonomiczna, sprawiająca, że na tych kilkanaście minut zapomina się o wszystkich niedociągnięciach i ogląda z rozdziawioną gębą. Naprawdę poczułem się jakbym był na tym koncercie, jakbym oglądał występ Queen z 1985 roku. Magia kina na najwyższym poziomie!

Podsumowując: to zdecydowanie nie jest film, który można by nagrodzić Oscarem za najlepszy film roku, scenariusz, czy reżyserię. Natomiast za pierwszoplanową rolę Maleka i techniczną pieczołowitość jak najbardziej. To film, który już dzieli krytyków, który podzieli też fanów i zapewne wywoła dyskusje wśród osób blisko związanych z zespołem. Uproszczeń jest tu dużo, kontrowersji właściwie brak, tak więc owszem, jest to film, który mógł być znacznie lepszy, ale też ma w sobie pewien rodzaj magii. Jako, że jestem osobą dość emocjonalnie podchodzącą do muzyki i kinematografii, to przyjmijmy, że gdybym był bardziej twardy to może i bym postawił 7. Ale twardy nie jestem, Queen na zawsze w moim serduszku i tak dalej. Ode mnie tyle na dziś i do przeczytania next time!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s