RECENZJA: NAWIEDZONY DOM NA WZGÓRZU, CZYLI WYBORNY HORROR RODZINNY

Z lekkim poślizgiem podjąłem w końcu konfrontację z Nawiedzonym domem na wzgórzu. Nasłuchałem się pozytywnych opinii o tym liczącym dziesięć odcinków serialu od Paramount dostępnego na Netflixie i nareszcie mogę podzielić się z Wami odczuciami na temat produkcji, za którą stoi zaprawiony w horrorwym boju Mike Flanagan (Oculus, Gra Geralda, Zanim się obudzę). Jeśli szukacie wysokiej klasy horroru/dramatu, to zdecydowanie trafiliście pod właściwy adres. 

Serial jest luźną adaptacją książki Shirley Jackson pod tym samym tytułem. Rodzina Crainów przeżyła swego czasu najgorsze chwile swojego życia mieszkając w tytułowym domu. To co wydarzyło się pewnej nocy pozostawiło na ich umysłach głębokie piętno. Po latach próbują oni wszyscy pogodzić się na swój własny sposób z traumą z przeszłości. Steven jest znanym autorem książek o wydarzeniach z nawiedzonych domów, Luke popadł w narkomanię, Shirley nie potrafi wybaczyć Stevenowi, że dorobił się na rodzinnej tragedii, Theodora stroni od bliższych relacji międzyludzkich, a Nell jest dalej terroryzowana przez wizje z przeszłości, co ostatecznie doprowadza do jej ponownego pojawienia się w nawiedzonym domu. Przeszłość i teraźniejszość przeplatają się tutaj bardzo płynnie, lecz nie obawiajcie się, że jakoś szczególnie się pogubicie, może na samym początku. Natomiast nie mogę Wam zagwarantować, że będziecie spać spokojnie po seansie choćby jednego odcinka, bowiem jest to cholernie sprawnie wykoncypowana historia.

Chwytów znanych z klasyki grozy jest tu całe mnóstwo. Postacie czające się w mroku, skrzypiące drzwi, niepokojąca muzyka, dziecięce rysunki przedstawiające zdeformowane postacie… Widzieliśmy to już wielokrotnie, czyż nie? Jak to się mówi, diabeł tkwi w szczegółach. Świetnie gra tutaj przygaszona kolorystyka, i momentami przedłużające się niepokojąco pełne napięcia momenty. Wiecie, na zasadzie, że kiedy już się spodziewacie tego straszaka to on jednak nie wyskakuje, lub atakuje z lekkim opóźnieniem. Nawet jeśli wiemy, że coś się może czaić pod łóżkiem czy w ciemności to jednak niepokój towarzyszył mi w niemal każdej minucie, szczególnie gdy wyczekiwałem „spodziewanego”. Być może na korzyść moich odczuć oddziałuje samo zachowanie bohaterów: próbują wyprzeć z siebie to czego byli świadkami, tłumaczą się, że równie dobrze to umysł mógł im płatać figle, a przede wszystkim, jak to zwykle w horrorach bywa, nie zachowują się jak skończeni idioci. Sam fakt, że Crainowie opuścili dom, który dalej w pewnym sensie ich prześladuje i nawiedza jest intrygujący, a nielinearna fabuła pozwala widzowi bawić się w układanie fabularnych puzzli. Wciąga samo porównywanie jacy byli bohaterowie zanim dorośli, zanim dom uczynił z nich tych, jakimi są obecnie. Niby więc mamy do czynienia z klasycznym ghost story w wydaniu „familijnym”, ale jest w tym serialu coś co wyróżnia go na tle produkcji zarówno kinowych, jak i innych grozy.

Jeśli miałbym wskazać inny równie wciągający serial grozy z tego roku to oczywiście byłby to Castle Rock, który jednak pozostawił niesamowity niedosyt po odcinku finałowym. Czy Nawiedzony dom na wzgórzu w pełni Was nasycił możecie oczywiście pisać w komentarzach, dla mnie to solidna porcja strachu, rodzinnego dramatu i nie dającego się podrobić klimatu. Jeśli jeszcze nie obejrzeliście tej produkcji to bierzcie się póki weekend trwa! Ode mnie 9/10 i do przeczytania next time!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s