RECENZJA: AMERICAN HORROR STORY: APOKALIPSA, CZYLI ANTYCHRYST KONTRA WIEDŹMY

Jestem wielkim fanem AHS. Każdy sezon mam obadany od stóp do głów i lubuję się w wyłapywaniu wszelakich easter eggów, crossoverów i innych pysznych pyszności. Na wieść o tym, że najnowszy sezon AHS zderzy ze sobą Murder House i Coven oczy mi się nielicho zaświeciły, ale też czułem pewien niepokój, bowiem twórcy antologii złapali zadyszkę gdzieś w okolicy Hotelu. Interesującym pomysłem wydawało się więc opowiedzenie dalszych losów Michaela Langdona, który jawił nam się jako pomiot Szatana już w finale sezonu pierwszego. Czy twórcy opowiedzieli tym razem równie intrygującą i wciągającą opowieść co w przypadku pierwszych czterech sezonów? I tak, i nie, Apocalyse to bowiem jeden z tych sezonów, który zdecydowanie nie zbierze jednoznacznych ocen. A zaczęło się tak pięknie… 

Zaczęło się od tytułowej apokalipsy oczywiście. Garstka bohaterów pozostałych przy życiu, tajemniczy ośrodek, do którego trafiają rządzony w rygorystyczny sposób przez tajemnicze bohaterki grane przez Paulson i Bates. Nic tylko oglądać i się jarać. Aż w pewnym momencie wkracza on: pewny siebie, dystyngowany, kojarzący się od razu z demonem lub wampirem Michael, Antychryst. Zanim się człowiek dobrze przyzwyczai do nowych twarzy i kreacji starej gwardii musi się z nimi pożegnać, bowiem do akcji wkraczają dobrze nam znane wiedźmy w odpicowanym składzie grożąc, że dadzą srogą nauczkę szatańskiemu nasieniu. No i od tej pory zaczynają się retrospekcje mające na celu przybliżyć nam jak w ogóle doszło do armagedonu i czy da radę coś z nim zrobić. Jak wspomniałem, ten sezon jest fabularnym przecięciem się wątków znanych z sezonu pierwszego i trzeciego, zahacza też o Hotel i przyznam, że gdybym nie oglądał poprzednich sezonów to miałbym duuuuży problem by się połapać w szczegółach.

Widać jak na dłoni, że ten sezon jest skrojony pod fanów, że ma im schlebiać, szokować losami bohaterów, zaskakiwać twistami, a także pod płaszczykiem powagi sytuacji nabijać się z satanizmu, iluminatów, duchów, czarownic i w sumie to wszystkiego. Problem w tym, że nie jestem pewny, czy ta szydera była zamierzona. Wiele scen, szczególnie w odcinkach pod koniec jawi mi się jako „cringe’owa”, parodiująca poprzednie sezony. Oczywiście cudownie znowu zobaczyć Jessicę Lange, Lily Rabe czy Angelę Basset w dobrze znanych kreacjach, fajnie jest znowu zajrzeć do Murder House (dokończenie kilku wątków bardzo mi się podobało, zdecydowanie jeden z highlightów tego sezonu) i ponownie zachwycać się charakterami poszczególnych wiedźm. Problem w tym, że zdecydowanie zabrakło w tym sezonie miejsca na sam horror, brak tu scen które w kontekście satanistycznej otoczki mogłyby wywołać ciarki na plecach. Samej postapokaliptycznej scenerii też w sumie nie zobaczyliśmy za dużo. Najlepsze jest tutaj zdecydowanie klimatyczne intro z charakterystycznym motywem Charliego Clousera. Z serialu wyparował klimat grozy, bowiem większość rzeczy mogących robić wrażenie widywaliśmy już wcześniej i w mocniejszym wydaniu i to nie tylko w AHS.

Wydaje mi się, że chciano tutaj złapać o kilka sroczek za ogon za dużo, za bardzo, a w tej całej pogoni wątków gdzieś zagubiła się sama apokalipsa i to co wokół niej można było stworzyć. A trzy ostatnie epizody oglądałem z narastającym znużeniem, odhaczając w głowie coraz to bardziej głupawe rozwiązania fabularne, twisty, które może i są fajnym hołdem dla popkultury, ale ogólnie wypadają dość sztampowo. A finał? Naczytałem się komentarzy, że przecież tego się nie da zamknąć w 10 odcinkach, jest jeszcze tyle do opowiedzenia. Czy aby na pewno? Moi drodzy, tutaj wykorzystano zabieg stary jak świat i jednym się to mega spodoba, innych pozostawi w wiecznym rozczarowaniu.

Kurczę, jest mi bardzo ciężko podsumować ten sezon, bowiem miał on całkiem sporo momentów zachwycających, sąsiadujących z dość komicznymi, doprowadzających do facapalmu. Sama postać Michaela przeszła bardzo ciekawą ewolucję z płaczliwego chłopaczka we wszechmocnego demona, ale można ją było pokazać z bardziej mroczny, przerażający sposób, bowiem aparycja aktora (Cody Fern) aż się o to prosiła. Fajnie było zobaczyć Petersa, Paulson, Farmigę w kilku jakże różnych rolach. Póki co waham się pomiędzy 7 za całość, a 8 za smaczki, bowiem ten sezon był po prostu dobry, acz momentami i bardzo dobry. Może tym razem po prostu od wystawienia oceny po prostu się wstrzymam. Piszcie czy Wam się podobało!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s