RECENZJA: FANTASTYCZNE ZWIERZĘTA: ZBRODNIE GRINDELWALDA, CZYLI MAGIA DLA ZAAWANSOWANYCH

Powieści o przygodach Harry’ego Pottera przez wiele lat były przedmiotem sporów wśród krytyków, domorosłych moralizatorów, ale też i tytułowanych wykładowców, duchownych czy samych rodziców, którzy z równym zaangażowaniem pochłaniali kolejne części powieści wraz ze swoimi pociechami. Adaptacje książek po dziś dzień oceniane są różnie, szczególnie części 5-8 spotkały się z mieszanym odzewem najbardziej radykalnych fanów Chłopca, Który Przeżył. Z Fantastycznymi Zwierzętami sprawa ma się zgoła odmiennie, bowiem seria ta, dojrzewająca na naszych oczach, jedynie na kinowych ekranach, nie posiada żadnego punktu odniesienia. Rowling pozwoliła sobie na na firmowanie swoim nazwiskiem, moim skromnym zdaniem, katastrofalnego Przeklętego dziecka, które po dzień dzisiejszy uważam za zupełnie niepotrzebny, legalnie wydany fanfik. Zaniepokojony niepochlebnymi ocenami Zbrodni Grindelwalda od fachowych recenzentów obawiałem się, że i tym razem coś mocno mogło „nie pyknąć”. I muszę przyznać, że choć po seansie czułem się jakby ktoś rzucił na mnie zaklęcie Confundus, to wcale nie było tak źle jak chcieli mi wmówić znawcy kina. 

Znawcy kina mają bowiem to do siebie, że będą próbować dokonać dekonstrukcji filmu pod kątem technicznym, montażowym, będą doszukiwać się fabularnych dziur w scenariuszu i rozmaitych nieścisłości. Powiedzmy sobie jasno: Yates się na swoich błędach nie nauczył wiele, tak więc jeśli kręciliście nosem gdzieś tak od Zakonu Feniksa, tak przy Zbrodniach Grindelwalda będziecie strzelać facepalmami przynajmniej kilka razy. Najbardziej dynamiczny jest początek tej historii, oraz finałowa potyczka z Grindelwaldem i konsekwencje wyborów poszczególnych bohaterów. Jeśli więc kręcą Was relacje między bohaterami, to kto do kogo wzdycha i kto z kim się kiedyś poprztykał, to jest to film zdecydowanie dla Was. Jeśli jesteście maniakami potterowskiego świata, to wyłapiecie kilka nieścisłości i będziecie się głowić nad ich kanonicznością. Jeśli natomiast najbardziej kręcą Was fantastyczne zwierzęta i magia sama w sobie to możecie poczuć dość spory niedosyt, bowiem ta część serii nie jest, jak sam stwierdziłem po seansie, „ani o fantastycznych zwierzętach, ani o zbrodniach Grindelwalda”. To jest opowieść w dużej mierze o poszukiwaniu swoich rodzinnych korzeni, pochodzenia, miejsca w świecie, bezpiecznego schronienia w świecie zarówno magicznym jak i mugolskim, ludzkim.

Zależy więc co nas w potterowskim świecie kręci najbardziej. Jako poszukiwacz wszelakich easter eggów, nawiązań do książek o Harry’m, nazwisk, przedmiotów, szczegółów i szczególików byłem bardzo syty po seansie, ale też jak wspomniałem w wstępie, dość mocno skonsternowany pewnymi rozwiązaniami i nagromadzeniem przeplatających się mniej lub bardziej wątków. Sam Newt dalej jest tym introwertycznym, zakochanym w przepięknych stworzeniach osobnikiem, którego Eddie Redmayne wygrywa na tych samych patentach co ostatnio. Jude Law jest perfekcyjnym młodym Dumbledore’m, a Johnny Depp po raz kolejny serwuje nam wariację na temat szablonu postaci, w które wciela się od wielu, wielu lat. Tym razem wydawał mi się bardziej stonowany, jedynie szalony z wyglądu, a nie z zachowania. Jacob Kowalski ponownie ma nam fabułę „dośmieszniać” do spółki z niuchaczem, ale nie brak ewolucji związku Kowalskiego z Queenie, który wpisuje się pokrętnie w wizję świata Grindelwalda. Ci, którym średnio przypadał do gustu wątek Credence’a muszą się nastawić na to, że stał się on bardzo istotną postacią dla całości, choć przecież niby zginął w poprzedniej części. No właśnie. Niedomówienia. Jest ich bardzo dużo, kilka razy wręcz pojawia się idealne zobrazowanie deus ex machina, a skrótowość wynikająca z ciągłych teleportacji bohaterów może nieco zaburzać odbiór całości i rozpoznawania gdzie dzieje się akcja. Dlatego też krytycy uznają Zbrodnie za chaotyczną sklejkę bez ładu i składu, przeładowaną informacjami, historiami nowych postaci w pigułce, i twistami niewiarygodnymi nawet jak na magiczny świat. Rzecz w tym, że większość nie dostrzega tego, iż Fantastyczne zwierzęta były introdukcją do bardzo bogatej historii, a Zbrodnie są kolejną cegiełką, która musi rządzić się prawami sequelu, w którym wydarzenia pchają fabułę dalej. Pamiętajmy, że przed nami jeszcze trzy filmy z cyklu, a dopiero w ostatnim możemy spodziewać się kultowego pojedynku Dumbledore’a z Grindelwaldem.

Nie jestem rozczarowany, ale nie jestem też oczarowany Zbrodniami, podobnie jak z omawianym wczoraj nowym sezonem AHS mam problem, bowiem to film raz dobry, raz bardzo dobry, na pewno nie rewelacyjny i powalający na kolana strukturą i fabułą. Jak wypadnie na tle swoich następców dowiemy się w kolejnych latach. To, że ma w pewnym sensie serialowe znamię, że widać, że jest elementem większej układanki wcale nie sprawia, że to najgorszy film z cyklu jak nam się próbuje wmówić. A może po prostu jestem zbyt zagorzały i niedojrzały by na pewne rzeczy oczu nie przymykać. Ode mnie łaskawe 8/10 z wyraźnym zaznaczeniem, że to film dla potteromaniaków i właściwie dla nikogo więcej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s