ZRYTA KLASYKA #01: MARTWICA MÓZGU (1992, reż. Peter Jackson)

Muszę przyznać, że jakiś czas temu poczułem dość mocny niedosyt związany z wpisami o konkretnych produkcjach filmowych. Wziąć sobie na warsztat jeden konkretny tytuł i opisać swoje osobiste odczucia wobec niego. I to niekoniecznie w taki profesjonalny, recenzencki sposób. Poprzednie wcielenie Baniorylców miało to do siebie, że w bardzo dużej mierze kłaniało się kinu niezależnemu, którym jarają się koneserzy. Postanowiłem więc raz na jakiś czas zarzucić Wam tekstem o filmach powszechnie uważanych za zryte, będącymi ZRYTYMI KLASYKAMI. Na pierwszy ogień leci Martwica mózgu Jacksona z 1992 roku. Miłego czytania! 

W 1992 roku swoje premiery miały filmy takie jak Dracula, Zapach kobiety, Wściekłe psy czy Ostatni Mohikanin. Produkcje to obecnie znane powszechnie, właściwie już klasyki kina o których dyskutuje się po dziś dzień. Peter Jackson, późniejszy reżyser trylogii Władcy pierścieni był wtedy niepoprawnym maniakiem niskobudżetowego kina grozy, którego nurt sam uzupełnił o szalony Zły smak (1987) oraz Przedstawiamy Feeblesów (1989), które wśród koneserów „kina tak złego, że aż wspaniałego” uchodzą za bardzo lubiane. Trzeci w dorobku pełnometrażowy obraz Jacksona okazał się ostatecznie jazdą bez trzymanki, w której sceny gore eksplodują widzowi prosto w twarz na takich samych prawach co absurdalne wymiany zdań i pararomantyczne uniesienia dwójki głównych bohaterów. Jak to z komediami gore bywa wszystko zaczyna się zupełnie niewinnie i sielankowo, choć scena z małposzczurem, groteskowa i już nieco obrzydliwa jest tylko preludium do dalszej eskalacji niczym nieskrępowanego częstowania nas odciętymi ludzkimi kończynami i wybroczynami z otworów wszelakich. Rozprzestrzeniający się w niewielkim miasteczku wirus staje na miłosnej drodze ciapowatemu Lionelowi i uroczej Paquicie. Wkrótce plaga stworzeń ala zombie stanie się dla nich przyczyną do walki o przetrwanie, a w ruch pójdą blendery i kosiarki do trawy.

Jeśli wierzyć historiom towarzyszącym powstaniu tego dzieła to przy produkcji zużyto rekordowe ilości sztucznej krwi. Film bardzo ciężko by się oglądało gdyby był zrealizowany na poważnie, na szczęście jest mu bardzo blisko do drugiej części Martwego zła (1987), która była dobitnym dowodem, że krwawe produkcje równie dobrze można zaserwować w sposób przezabawny, luźny i z właściwie nie mający wiele wspólnego z powszechnie rozumianym straszeniem. Owszem, Powrót żywych trupów z 1985 roku także w pewnym sensie zdefiniował ten podgatunek, ALE… Martwica ma w zanadrzu kilka niepowtarzalnych scen, które można spokojnie puścić jako wyrwane z kontekstu, dające efekt potężnego „WTF?!”. Próba wsadzenia niemowlaka do blendera i wcześniejszy spacer z nim to jest mistrzostwo absurdu i okolic. Scena z kosiarką do dziś jest przywoływana przez każdego co na tego typu produkcjach zjadł zęby. Być może jestem mocno zwichnięty na umyśle, ale uważam, że ten film powinien być częścią każdej szanującej się imprezy halloweenowej do spółki z Martwym złem 2 Reanimatorem (1985). Ten drugi jednak nie jest aż tak zabawny, biorąc pod uwagę, że czerpie dość mocno z estetyki Lovecrafta, ale także serdecznie polecam.

Nie chcę się tutaj za bardzo rozpisywać i zasypać Was opisami ulubionych scen, ten film po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy o ile nie ma się bardzo słabego żołądka. Tylko bardzo wrażliwym widzom zdecydowanie odradzam ten seans. Dla mnie absolutne 10/10 w swojej pojebanej kategorii. Taki film obecnie nie mógł by powstać, coś czuję, że niedługo do niego powrócę!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s