TOP 15 STANLEYA: Najlepsze polskie albumy 2018 roku!

Za każdym razem kiedy zasiadam do podsumowań roku wiem, że czegoś w nich zabraknie. Wiem, że w komentarzach pojawią się przytyki, że coś jest za nisko, coś za wysoko, a czegoś nie ma wcale. Rzecz w tym, że podsumowując muzyczny, serialowy i filmowy rok 2018 nie staram się nikomu schlebiać, ani uchodzić za mądrzejszego i bardziej obeznanego niż jestem. Staram się po prostu dzielić tym, co mi się spodobało, tym co uważam za godne polecenia dalej. Tak więc nie traktujcie moich podsumowań jako wyznaczników jakichś trendów, czy głębokich dziennikarskich analiz. Wszystkie rankingi są mocno umowne, jestem przekonany, że gdybym pisał ten ranking tydzień temu, lub za kilka dni to mógłby on wyglądać nieco inaczej. Ale piszę go dziś, w pierwszy dzień świąt by się nim z Wami podzielić. Mam nadzieję, że przynajmniej kilka albumów z tego zestawienia spodobało Wam się tak samo mocno jak mi. 

15.LAO CHE – Wiedza o społeczeństwie. Nieco przewrotnie otwieram tym albumem niniejsze zestawienie, bowiem zdaję sobie sprawę, że umieszczenie go w ogóle w tym wpisie może odsiać kilku przypadkowych czytelników, dla których zespół Spiętego to ta sama liga co happysad czy Strachy Na Lachy. A ja mam wrażenie, że Lao muzycznie poszli pod prąd, na przekór oczekiwaniom, po raz kolejny sadowiąc się gdzieś pomiędzy niezalem a radiowym mainstreamem. Bo teksty dalej są wewnętrzną walką Spiętego z samym sobą, tylko na mniej przyjaznych dla przeciętnego zjadacza chleba podkładach wybrzmiewają. I za chłopaków lubię, bo w miejscu nie stoją, a i za trendami nie biegają.

14.TRUCHŁO STRZYGI – Pora umierać. Czyli niby zabawne, ale kurwa nie do końca. To jest taki oldschool worship, że w sumie nie dziwi mnie postrzeganie tej grupy jako a)tekstowo kojarzącej się ze starym Katem b)niedbałej chujowizny z wokalem do wymiany c)zajebistym wyziewem gdzie punk żeni się z thrashem i blackiem granym przez kolesi, którzy udają, że grać nie potrafią. I rozgryźć tego człowiek nie umi, ale też olać nie potrafi. Tak więc nie pozostawiają obojętnym, nazwę mają taką, że wbija się w czerep z miejsca no i chuj. UGH!

13.WEEDPECKER – III. Przyznam, że o istnieniu Weedpecker dowiedziałem się dopiero w tym roku i bardzo się cieszę, że ich najnowszy krążek jest na tyle wyrazisty, że narozrabiał w moim podsumowaniu roku. Po samej nazwie można by się spodziewać jakiegoś srogo łomoczącego stoner/sludge metalu, tymczasem kompozycjom na III znacznie bliżej do psychodelicznego rocka zakorzenionego w jego najlepszej tradycji. Te oderwane od rzeczywistości wokale, te pełne pasji solówki… To kolejny młody stażem zespół z naszego podwórka, który pracuje na swoją własną tożsamość w ekspresowym tempie. Bardzo chciałbym ich zobaczyć na żywo.

12.LONKER SEE – One Eye Sees Red. Lonker See śmiało przypomina, że muzyka rockowa ożeniona z jazzem ma się bardzo dobrze, a jeśli Wam podczas słuchania skojarzy się, dajmy na to, King Crimson, to myślę, że się nie obrażą. Co prawda taka estetyka to nie jest do końca moja para kaloszy, ale nie umiem nie docenić i zapewniam, że warto mieć na nich oko (choćby widzące czerwień) i ucho, szczególnie, że wydaje ich Instant Classic, które ma pod sobą inne znakomite eksperymentalne grupy jak Lotto, ARRM czy Alamedy.

11.KETHA – Magnusminus. Kurczę, kolejny zacny zespół z naszego podwórka się zawija i akurat w tym roku padło na Kethę, która dla mnie jest taką swoistą odpowiedzią na mathcoreowe szaleństwo spod znaku The Dillinger Escape Plan. Rzecz w tym, że omawiane tutaj EP brzmi bardziej jak intro do kolejnego intrygującego rozdziału, tymczasem okazuje się niespodziewaną kropką nad i. Ale za to jaką kropką! Niby zrobiło się bardziej przystępnie, niby szaleństwo zostało porzucone na rzecz bardziej bardziej poukładanego hałasowania, a jednak czuć nerwowość, niepokój bijący z tych kilku zespolonych tytułami utworów. Ale w sumie Dillinger też wiedział kiedy powiedzieć dość.

10.IN TWILIGHT’S EMBRACE – Lawa. Kumpel mój uważa, nudni i w ramach protestu zawsze się zmywa z ich koncertów (podobnie jak z Blaze of Perdition). A że jestem przekornym człowiekiem, to pomyślałem, że dam Lawie szansę, bowiem to ledwie 30 minut materiału i to w ojczystym do tego. No i mam trochę zagwozdkę bowiem pachni mi to Furią z deczka jeśli o samą estetykę liryków się rozchodzi. Z drugiej strony mam świadomość, że to jest dość ambitna próba zdefiniowania siebie na nowo i za to szacuneczek mają wielki. Bo kto stoi w miejscu ten się cofa, tak mi kiedyś powiedziano. Niby EP-ka, ale postanowiłem się nie rozdrabniać. Obadajcie, zapewniam, że warto!

9.MENTOR – Cults, Crypts And Corpses. Łatwo zarzucić Mentorowi, że bezczelnie zanurzył się w prostolinijnym łupaniu z przełomu lat 80-tych i 90-tych i że drugi album właściwie różni się od pierwszego tylko tytułem i to też nieznacznie. Rzecz w tym, że ten muzyczny odpowiednik kina eksploatacji ma w sobie tyle szczerości i radości z grania, że nie sposób nie umieścić go w topie najlepszych albumów tego roku. Tak to się powinno grać, niby na odpierdol, a jednak z serduchem (oczywiście wyrwanym z czyjejś piersi, przeznaczonym do szybkiej konsumpcji).

8.VOIDHANGER – Dark Days Of The Soul. Z takim typowym death metalem jest mi nie po drodze ostatnimi czasy. Przyznam, że zmęczyłem się nieco jednostajnym wpierdolem uprawianym przez starych wyjadaczy lub ich młodszych kopistów. Miałem na uwadze, że Voidhanger odstaje od typowego mielenia będąc tak właściwie wypadkową thrashu, deathu i blacku. No i moi drodzy państwo, na Dark Days of the Soul to słychać. To jest bowiem album naćkany całkiem ciekawymi pomysłami, i momentami kłaniający się charkającym koleżkom z Entombed. Nieco wyżej niż Mentor i Truchło Strzygi, ale na upartego sobie możecie zmienić kolejność!

7.LUNATIC SOUL – Under The Fragmented Sky. Mariusz Duda wyrasta na jednego z większych pracoholików na naszej scenie muzycznej. Oprócz czarowania nas kolejnymi płytami Riverside dzieli swój czas na solową działalność w Lunatic Soul, a i po projekcie Meller Gołyźniak Duda ślad przecież nie zaginął. Czy jest to już syndrom Stevena Wilsona czy jeszcze nie, nie mi oceniać, póki muzyka jest wciągająca i wymagająca skupienia się całym sobą. Bardziej elektroniczne i akustyczne oblicze wokalisty Riverside w tym roku zaowocowało kolejnym świetnym krążkiem, który sam w sobie przypomina mi soundtrack, do jakiego nieistniejącego filmu.

6.SUNNATA – Outlands. Myślę, że chłopaki się nie obrażą, jeśli napiszę, że na najnowszym ich wydawnictwie unosi się przepiękny duch grunge’owych gigantów z Alice In Chains. Te dźwięki niespiesznie rozlewają się z głośników, odbijają potężnym echem, choć w obrębie jednej kompozycji nie brakuje też rozpędzonych gruchoczących kości pasaży przypominających, że sludge i stoner im nieobcy. Koncertowo są w naprawdę świetnej formie, a sam album udowadnia, że pokładane w nich przy okazji poprzednich wydawnictw oczekiwania spełniły się z nawiązką. Takimi albumami spokojnie można zastępować jaranie trawy, efektem obcowania z Outlands jest bowiem całkiem długo trzymająca faza, po której przecież można odpalić krążek jeszcze raz, a potem jeszcze raz, a potem…

5.KRIEGSMACHINE – Apocalypticists. Gdzie Mgła i Furia nie może tam Kriegsmachine pośle. Bardzo podoba mi się to, że tak wiele black metalowych zespołów z naszego podwórka za nic ma okopywanie się w ogranych do granic możliwości schematach i coraz odważniej eksperymentuje z muzyczną materią. I zupełnie nie przekonują mnie teorie, że polska scena bm zapatrzyła w dokonania Wolves In The Throne Room czy innego Deafheaven i zżyna pomysły niczym Greta do Zeppelinów. To black metal z naszego podwórka jest inspirujący, innowacyjny, ze swoim indywidualnym sznytem i brzmieniem. Co prawda można sobie pośmieszkować, że prawie wszystkie groźnie brzmiące wyrazy w naszym języku zostały już pozajmowane przez rozmaite projekty, ale kiedy przychodzi do odpalenia albumów tychże zespołów to uśmiech zastępuje wyraz szczerego uznania. Kriegsmachine wypuściło nowy krążek nagle i bez zbędnych zapowiedzi dowodząc po raz kolejny, że mają, za przeproszeniem, zajebistego skilla i nie muszą uciekać się do huraganowych temp i opętanych blastów by zjeżyć człowiekowi włos na głowie. To dalej jest black metal, hipnotyczny, przesiąknięty złem, ale taki co nie musi posiłkować się Belzebossem. Świetny album, który jednocześnie intryguje i wciąga, tumani i przestrasza.

4.ENTROPIA – Vacuum. Z perspektywy czasu album Vesper jawi mi się jako całkiem zgrabne wydobywanie z post black metalu tego co w nim najlepsze, natomiast krążek Ufonaut dał nam jasno do zrozumienia, że entropia naszej planety postępuje na tyle szybko, że warto się zaopatrzyć w soundtrack do kosmicznej ucieczki. Vacuum to dla mnie już dryfowanie w kosmicznym bezkresie, który pełen jest zjawisk i stworzeń, o których się filozofom nie śniło. Chyba najbardziej frapujące jest w zawartości tego albumu to, że nie ucieka od naprawdę melodyjnych, skocznych wręcz patentów, zakorzenionych w post rocku czy prog rocku (choć szufladkowanie Entropii na chwilę obecną mija się z celem). Jeśli miałbym do czegoś porównać chociażby utwór tytułowy to przychodzi mi do głowy szamański taniec na pokładzie rakiety kosmicznej lecącej wprost w otchłań czarnej dziury. Posłuchajcie, a być może stwierdzicie, że to co napisałem wcale nie jest takie głupie.

3.BEHEMOTH – I Loved You At Your Darkest. Behemoth stał się w ostatnich latach chłopcem do bicia całego metalowego undergroundu. Mam wrażenie, że chwalenie twórczości Nergala, Oriona i Inferno jest obecnie równoznaczne z przyznaniem się do sympatyzowaniem z jakimś Nocnym Kochankiem czy innym nieszczęsnym Hunterem. Gdyby jeszcze wszelacy hejterzy bardziej niż na samym Nergalu próbowali skupić się na punktowaniu słabości zawartości albumów Behemoth to może i można by było z nimi porozmawiać, ba, poprosić o podrzucenie czegoś ich zdaniem bardziej wartościowego. Tymczasem ja słucham sobie tego formalnie dość prostego albumu z bananem na mordzie, bowiem Behemoth już nic nie musi i wyraźnie to tym albumem podkreśla. Już sam tytuł krążka bardziej kojarzy się z Fields of Nephilim czy innym Sisters of Mercy, a nie wściekłym death/black metalowym łomotem. Słychać tutaj motorheadowego rock’n’rolla, naleciałości zimnej fali, galopujący punk rock, progresywne ciągotki, a całość oblana jest orkiestracjami i chóralnymi zaśpiewami. A prztyczkiem w nos wymierzonym we wszelakich purystów jest singlowy Bartzabel, który brzmi niczym dramatyczna ballada. I nic na to nie poradzę, że ja to, być może naiwnie, ale z pełną świadomością, kupuję i bawię przy słuchaniu ILYAYD znakomicie.

2.PRO8L3M – Ground Zero Mixtape. Nie jestem wielkim znawcą współczesnej sceny hip-hopowej, ba nie jestem wielkim znawcą rapu/hip-hopu jako takiego, ale staram się otwierać na artystów, którzy mają coś w tym temacie do powiedzenia. Tym samym mam częstą styczność z takimi wykonawcami jak Fisz, Hans, Dwa Sławy, Łona i Webber czy Słoń. Od eksperymentalnych Synów się niestety odbiłem, natomiast największe wrażenie zrobił na mnie w tym roku nowy mixtape od Oskara i Steeza. Dla mnie storytelling na tym zbiorze utworów jest po prostu fenomenalny, a część bitów przykleiła się do mnie za pierwszym przesłuchaniem i do teraz się odkleić nie chce. Największe wrażenie robią na mnie numery na poły autobiograficzne (Vanitas, Magnolie), narkotyczne odloty (Golden) i mające charakter trafnych obserwacji otaczającego nas świata. Nic dziwnego, że Pro8l3m trafił na rewelacyjną ścieżkę dźwiękową do serialu Ślepnąc od świateł, który dla mnie jest zdecydowanie w czołówce zarówno polskich jak i zagranicznych seriali kończącego się roku.

1.RIVERSIDE – Wasteland. Jako, że miękka ze mnie faja, to nie mogło być inaczej. Są tacy, co uważają, że twórczość Riverside jest już z deczka przeterminowana, że nowe kompozycje pachną prog rockiem dla tatusiów z piwnym brzuszkiem zasłuchujących się w radiowej Trójce. A mi się wydaje, że muzyka Riverside nie tyle się rozmyła, co po prostu jeszcze bardziej dojrzała, stała się bardziej wysmakowana, a kompozycje na najnowszym krążku są naprawdę trafnym soundtrackiem do podróżowania poprzez post-apokaliptyczne pustkowia. Owszem, na Wasteland może i nie ma utworów pędzących na złamanie karku, tej całej galopady charakterystycznej dla Anno Domini High Definition i poniekąd Shrine Of The New Generation Slaves. Jest za to kontemplacja i pięknie ubrana w dźwięki żałoba po nieodżałowanym Grudniu. Oczywiście, że były w tym roku bardziej pokręcone formalnie albumy, oczywiście, że kilka zespołów otarło się w tym roku o swoje opus magnum. Tymczasem Riverside napisało kolejny świetny rozdział w swojej muzycznej opowieści. I za to wędrują na szczyt mojej i tak mocno umownej listy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s