RECENZJA: AQUAMAN, CZYLI NIESPOTYKANIE BAJECZNY I PRZYJEMNY FILM OD DC

Filmy na podstawie komiksów spod logo DC powinny przestać istnieć. Po Lidze Sprawiedliwości miałem ochotę spotkać Facetów w czerni, aby wykasowali mi pamięć. Warner Bros próbuje być jak Marvel, czyli stworzyć podobny plan biznesowy, zbudować uniwersum w 2 lata, dokładając nowych bohaterów i zapominając jak się robi dobre produkcje. A i oczywiście niech będzie mrocznie i poważnie. Nie tędy droga. James Wann postanowił obrać nową ścieżkę i stwierdził: zróbmy rozrywkowy, kolorowy, samoświadomy film, który będzie nieco głupi i po prostu przyjemny. Taki jest właśnie Aquaman. I aż trochę mi wstyd, że człowiek-woda tak bardzo mi się podobał.

Dla nieuświadomionych: Aquaman (Jason Momoa) to dobrze zbudowany typ, który lubi sobie wypić parę browców ze swoim ojcem i czasami uratować świat przed zagładą ze swoimi superbohaterskimi ziomkami z Ligi Sprawiedliwości. Po tym jak pomógł rozwalić łeb Steppenwolfowi osiadł na wyspie i owszem: lubi obić mordę typom spod ciemnej gwiazdy, ale wcale mu nie śpieszno do rozwiązywania konfliktów swoich wodnych pobratymców. Oczywiście zostanie do tego zmuszony i jako pół-człowiek, pół-atlantyjczyk zanurzy się w odmętach oceanu, aby zasiąść na tronie Atlantydy, tylko po to, aby uratować świat przed armią swojego psychopatycznego brata.  W międzyczasie poznamy jego historie poprzez retrospekcje – zobaczymy jak się urodził, jak był szkolony, jak poznawał swoje moce. Poznamy również jego rodziców w odmłodzonej wersji, czyli Atlannę (Nicole Kidman) oraz Toma (Temuerra Morrisona), których twarze zostały pokarane paskudnie wyglądającym CGI. Tak, początek strasznie razi w oczy, ale jest to mój jedyny zarzut jeśli chodzi o kwestię techniczną.

Jak sobie przypomnę Ligę sprawiedliwości i porównam ją do tego filmu to aż łapię za głowę. Prawie dwukrotnie większy budżet, a twórcy tamtego tworu wydali chyba wszystko na obsadę, a efekty zrobili w paincie. Za to Aquaman to wizualna perełka. Sceny akcji zostały dopracowane w najmniejszym szczególe, a mastershoty to wisienka na torcie. Ujęcia z pierwszej osoby, slow-motion, rzuty kamery z góry – wszystkie te elementy zostały użyte bardzo praktycznie. Ich kompozycja wraz ze świetnymi efektami specjalnymi to uczta dla oczu. Można by rzecz, że powinien to być standard w wysokobudżetowych produkcjach, ale różne tytuły pokazują, że nie jest to takie oczywiste, stąd moje ogromne zachwyty.

Jednak najbardziej cieszę się z tego, że film ten odrzucił pelerynę mroku i przywdział bardziej kolorowe szaty. Nie stara się być mrocznym, poważnym kinem. To film samoświadomy, on wie o tym, że musi być głupi, co bardzo mądrze wykorzystują twórcy. Bądźmy szczerzy – nie da się zrobić poważnego filmu o superbohaterze, który urwał się z Atlantydy, a w chwilach wolnych ujeżdża koniki wodne. Ogromna w tym wszystkim zasługa Jasona Momoa, który widać, że miał ogromny fun na planie. Połączenie jego charyzmy, wyglądu i przedstawienia go jako niezbyt rozgarniętego gościa wyszła fenomenalnie.  Nie da się gościa nie lubić i chciałoby się z nim pójść do baru, strzelić selfie i wypić parę piw. Co zresztą zabawnie w filmie jest ukazane. Takich humorystycznych momentów w Aquamanie jest sporo, co jest atutem, bo dzięki temu ogląda się go naprawdę przyjemnie. To totalnie kino rozrywkowe, które nawet nie ukrywa tego, że zapożycza pewne elementy z innych dzieł. Znajdziemy nawiązania do Czarnej Pantery, Króla Artura, Pinokia, Władcy Pierścieni czy nawet kiczowatego kina akcji lat 80.

Nie obyło się oczywiście bez wpadek. Nie będę znęcał się nad scenariuszem, który płynie z prądem tak bardzo szybko, że czasami czujemy się jak rozbitek na morzu i nie wiemy gdzie jesteśmy. Teleportacje bohaterów czy ogólny chaos wpływa na naszą dezorientacje. Wygląda to i tak bajecznie, bo starcia są widowiskowe, ale twórcy chcą nas nieco zmylić. Robią to również poprzez dorzucenie drugoplanowego antagonisty, jakim jest Black Manta. Jego motywacje są dosyć klarowne, ale sama postać nie ma większego wpływu na dalszy bieg wydarzeń. To taki dodatkowy quest, aby Aquaman miał na lądzie komu sklepać dupę i zdobyć cenne punkty doświadczenia.  DC słynie ze słabych przeciwników i niestety tę tendencję utrzymuje.

Aquaman przywrócił mi wiarę w to uniwersum na dużym ekranie. Nie obyło się bez wpadek, jednak porównując do innych superbohaterskich „perełek” Warnera to jest to naprawdę wysoki poziom. To beczka pełna śmiechu, która czasem przecieka, ale twórcy kolejnych produkcji powinni iść właśnie tą drogą. Już niedługo czeka nas Shazam!, wyglądający już na totalną komedię, ale czy nie wyjdzie z tego parodia? Dowiemy się w kwietniu. A tymczasem zachęcam pójścia do kina – nie oczekujcie oscarowego hitu, a filmu świadomego tego, że jest głupi i czerpie z tego przyjemność.

7/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s