RECENZJA: BUMBLEBEE, CZYLI E.T. W UNIWERSUM TRANSFORMERSÓW!

Nadeszły bardzo dziwne czasy. Najpierw okazało się, że Aquaman od umierającego DC był naprawdę fajnym filmem i przywrócił nadzieję w rację bytu tych produkcji, a potem, na początku roku znów zostałem pozytywnie zaskoczony. Mowa o tytułowym żółtym trzmielu, któremu bliżej do bohaterów filmu Spielberga niż do gigantycznych, lejących się po ryjach robotach. Wystarczyło odsunąć od stołka reżyserskiego Michaela „Boom” Baya i oto jesteśmy świadkami jak uniwersum Transformerów rodzi się na nowo!

Bumlebee opowiada origin story naszego żółtego ziomka, a dokładnie jego początki, gdy znalazł się na Ziemi. Jest to swojego rodzaju prequel, który stara się zapomnieć o tym, co działo się w serii Transformers od Michaela Baya. I bardzo dobrze! O ile pierwsza część była filmem sprawnie zrobionym, to im dalej w las , tym więcej pułapek na widza. Ostatnia część to gniot jakich mało, a zmiana formatu (po co? dlaczego? jak to się stało?) w „randomowych” miejscach mogła doprowadzić do zawrotów głowy i perturbacji żołądkowych. Jednak się udało! Co prawda początek przypomina nieco oryginalne produkcje, bo sporo się dzieje, mamy kosmiczne walki między robotami i dużo wybuchów. To chyba jedyny wkład Baya jako producenta. W momencie, kiedy przenosimy się na Ziemię zmienia się również ton opowiadanej historii. Nostalgia, niewinność, lekkość i połączenie E.T. z Super 8 wyszło perfekcyjnie.

Wyobraźcie sobie, że jesteście nastolatką, która wiecznie nie może pogodzić się ze stratą ojca, przechodzi młodzieńczy bunt, lubi godzinami majstrować przy silnikach i nagle otrzymuje swój własny samochód. Esy, floresy, fantasmagorie, po prostu chce się żyć. Co prawda jest to stary, żółty garbus, któremu trzeba poświęcić dużo uwagi, aby dało się go używać, jednak jest to małe spełnienie marzeń. A jakie zaskoczenie, gdy okazuje się, że to wielki robot z innej planety, który z biegiem czasu stanie się najbliższym przyjacielem młodej dziewczyny. Ich początkowa relacja to miód na moje oczy. Poprowadzone jest to w dobrym rytmie, próby kontaktu z Bumbemblee, który stracił pamięć i narząd mowy podczas wcześniejszych walk zostały poprowadzone doprawdy uroczo. Główna bohaterka opowieści – Charlie nawiązuje niesamowitą wieź, momentami przypomina to jakby opiekowała się małym pieskiem. Pupil słucha się swojej Pani, uczy się komend, a gdy sam zostaje w domu to lubi napsocić. To również oczywiste nawiązanie do E.T. czy Super 8.

Produkcja bazuje na nostalgii. Nie jestem tym faktem specjalnie zdziwiony, bo takie są teraz trendy w kinie i telewizji. Na dużą skalę zaczęło się od Stranger Things, a następnie motyw ten kontynuuje wiele ostatnich dzieł, chociażby Player One czy nawet Aquaman. Oldschool wylewa się z ekranu pełnymi garściami. Cofamy się do 1987 roku, więc usłyszymy całą masę piosenek z tamtych czasów, które mają ogromną moc sprawczą. Właśnie w taki sposób Autobot komunikuje się ze swoją przyjaciółką; nie mogąc mówić – używa radia i puszcza odpowiedni fragment utworu muzycznego. Na ścianach wiszą retro plakaty filmowe, a sprawne oczy filmoholików znajdą mniej lub bardziej ukryte nawiązania do popkultury. Bardzo fajny powrót do przeszłości.

Reżyser Travis Knight obrał świetny kierunek tworząc film familijny, gdzie wątek starć Transformerów jest na drugim planie i jedynie pretekstem do opowiedzenia historii o przyjaźni i zaangażowaniu. I jest to przepiękna historia pełna humoru, wzruszeń i dramatu. Coś naprawdę lekkiego i pociesznego. Dużo w tym zasługi naszej głównej bohaterki, w którą wciela się dawno nie widziana na dużym ekranie Hailee Steinfield. Niewinna, ale zadziorna i przede wszystkim charyzmatyczna, idealnie wcieliła się w buntowniczkę o złotym sercu. Partnerują jej równie sympatyczni rodzice, czyli Pamela Adlon i Stephen Schneider, oraz jej przyjaciel Memo, w którego wcielił się równie pierwszorzędnie Jorge Lendeborg Jr. Wykopalisko młodych talentów wieńczy przeuroczy brat i jednocześnie fan Karate Kida – Jason Drucker. Będę śledził ich kariery i wam również polecam zrobić to samo, mogą za parę lat zawojować Hollywoodem.

Jednak, żeby nie było tak miło, cukierkowo i sympatycznie nie możemy zapominać, że naszego autobota szukają złe decepticony (sztuk dwa) i planują podbój planety. I można powiedzieć, że te „kameralne” starcia wyglądają widowiskowo, ujęcia walk robią wrażenie, ale z drugiej strony też nie są przesadzone. Wpływa na to również format filmu, zazwyczaj wielkie blockbustery charakteryzują się videoscrenem (czarne paski u góry i dołu), tutaj twórcy odeszli od tego i zdecydowali się na 1:85. Dzięki czemu transformery ledwo mieszczą się w kadrze, czujemy ich rozmiar i widzimy na własne oczy jak bardzo górują nad ludźmi. Spodziewałem się więcej tych walk i wybuchów, ale szczerze mówiąc średnio mnie to obchodziło, bo o niebo lepiej poprowadzony jest wątek samego Bee i jego towarzyszki. Momentami bohaterowie robią nieco głupie, naciągane rzeczy, przez co gryzie się z lepiej poprowadzonym wątkiem głównym.

Pomimo paru potknięć to serio, obejrzałem świetny film w tym uniwersum. Nadal jestem w szoku. Jak do tego doszło? Otóż, tak, wiem jak. Wystarczyło zmienić reżysera, nie robić typowego hollywodzkiego rozpierdolu. a skupić się na bohaterach i relacji między nimi. Film pokrzepia serce i przede wszystkim daje ogromny fun z oglądania. Kolejny przykład, że nawet marka, która wydawać się mogło umarła, powstaje jak feniks z popiołów. Oby tak dalej!

8/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s