ZRYTA KLASYKA #05: Podziemny krąg (1999, reż. David Fincher)

W tym roku minie 20 lat od premiery adaptacji wywrotowej powieści Chucka Palahniuka znanej u nas jako Podziemny krąg. Kultowy Fight Club jest w sumie cienką książeczką, którą chłonie się z wypiekami na twarzy, nie inaczej jest z samym filmem, który jest dość wiernym przełożeniem filozofii autora na język filmu. Fight Club nie zestarzał się ani trochę, a oglądanie go w czasach zdominowanych przez social media nabiera dodatkowych walorów. Owszem, o Fight Clubie właściwie napisano już wszystko co można było, dokonano dokładnych, wręcz poklatkowych analiz, ale postanowiłem dorzucić kilka słów na jego temat od siebie. 

Fight Club jest filmem bardzo wdzięcznym do interpretowania. Historia mężczyzny, który zmęczony codziennością i powtarzalnością czynności w pracy domu, postanawia powołać do życia nielegalny klub bijatyk (do spółki z nowo poznanym znajomym, Tylerem Durdenem) jest tutaj zaledwie punktem wyjścia do otaczającego nas konsumpcyjnego społeczeństwa. Wyalienowana osoba narratora symbolizuje ludzi mocno zagubionych wewnętrzne, introwertyków ze skłonnościami do depresji, znerwicowanych inteligentów, którzy poszukują sensu życia wręcz na siłę. Fight club pierwotnie był miejscem, w którym sfrustrowani mężczyźni mogli wyładowywać swój gniew, czując krew w ustach czuli, że żyją, że oddychają, że ich przyspieszające serce bije. Nie czuli się pustymi skorupami. Kiedy nad projektem kontrolę zaczyna przejmować władzę Tyler ci sami mężczyźni bardzo chętnie stają się marionetkami w jego armii i bezmyślnie próbują obalać system dla samego obalania.

Bowiem filozofia samego FC jest idealna tylko na papierze. Podpalenie świata, zniszczenie go do fundamentów i próba odbudowania na nowo – to nie brzmi jak dobry plan, czyż nie? W momencie kiedy ich mała rewolucja zaczyna zbierać krwawe żniwo narrator (którego możemy ewentualnie nazywać Jackiem) zauważa, że to zabrnęło za daleko. Jednak przekazane przez Tylera instrukcje roznoszą się niczym wirus, a pierwsza zasada podziemnego kręgu jest niczym innym jak życzeniem szaleńca, który marzy o tym by każdy ją złamał. Palahniuk nie zapomniał o tym, że jego powieść jest czarną satyrą, zarówno punktującą wady konsumpcyjnego, bezrefleksyjnego stylu życia, jak i wysmakowaną szyderą wobec tych, którzy są pierwsi do rewolucji pod warunkiem, że dzierżą pochodnie i widły. Oczyszczenie ma nastąpić przez przemoc, a dopiero kiedy się maksymalnie upodlimy jesteśmy w stanie się odbić od dna i rozpierdolić cały świat.

Nie zrozumcie mnie źle, filozofią fightclubową jak najbardziej można się zainspirować. Początkowe odrzucenie konsumpcyjnego, bezcelowego na dłuższą metę lajfstajlu jest godne pochwały. Wiele uwag na temat powtarzalności codziennych czynności jest smutne, ale prawdziwe. Radykalne poglądy Tylera można by przekuć w całkiem trafne spostrzeżenia/ostrzeżenia gdyby nie miały w sobie podburzania do destrukcji/autodestrukcji. Jest to zdecydowanie broń obosieczna, skierowana nie tylko w świat, ale i samego siebie. Narrator chodząc na spotkania dla śmiertelnie chorych osób sam szuka chęci do życia jednocześnie żerując na ich dobroci, ale i braku nadziei na lepsze jutro. Szybko też okazuje się, że bardziej niż od samych spotkań jest uzależniony od Marli, w której widzi coś na kształt swojej bratniej, równie zdezelowanej duszy. W pewnym sensie Fight Club jest więc też historią miłosną, tylko opowiedzianą z dalekiego dystansu. Bo jednak w najbardziej niebezpiecznych dla życia kobiety momentach „Jack” chce ją ochronić i odseparować od największego zagrożenia – samego siebie.

Fight Club traktuję jako swoiste ostrzeżenie, ale też dzieło wyprzedzające swoje czasy. Gdyby „Jack” żył w obecnej rzeczywistości zapewne chciałby shakować świat. Zapewne byłby kimś takim jak jego serialowy, filozoficzny odpowiednik, Elliot Aldreson z Mr. Robot. Co do kontynuacji pod postacią komiksu to jeszcze styczności nie miałem, ale ponoć życie u boku Marli i z Tylerem nie należy do najłatwiejszych. Za to zarówno do książki jak i filmu chętnie wracam i za każdym razem odkrywam w nich niezauważalne wcześniej smaczki. Oczywiście 10/10, Zryty Klasyk ze znakiem jakości Baniorylców!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s