RECENZJA: WŁADCY CHAOSU, CZYLI BLACK METAL OCZAMI HOLLYWOOD

Lords_of_Chaos_3

Żyjemy w dziwacznych czasach. Dzieciaki biegają w t-shirtach z logosami rockowych i metalowych kapel, mimo tego, że zupełnie nie identyfikują się sceną. Black metal – dawniej adresowany do socjopatów i ekstremalnych indywidualistów dojrzał i zyskał zupełnie nowe grono miłośników, często nie mających nic wspólnego z przeżywaniem młodzieńczego buntu. Obecnie gatunek przeżywa swój renesans i wydaje na świat masę znakomitych zespołów, które już dawno porzuciły banalne treści o piekle i potępieniu, a plugawe i złowrogie brzmienie nabrało charakteru i mocy wyrazu. Inni (bardziej obrotni) przedstawiciele sceny ekstremalnej rozsmakowali się w brylowaniu na salonach kultury popularnej i bez żenady prezentują się na okładkach kolorowej prasy. Wisienką na torcie jest hollywoodzki film, który w uproszczony i mocno przekolorowany sposób opowiada o genezie norweskiej sceny black metalowej. Zapraszam!

Rory-Culkin-in-Lords-of-Chaos-2018

Historia kultu

W wieku szczenięcym przeżywałem zachwyt nad zjawiskiem black metalu. Z dumą nosiłem na torsie t-shirt Gorgoroth – norweskiego zespołu, który otworzył moje młodzieńcze uszy na zupełnie nową definicję muzyki ekstremalnej. Było to zjawisko tak niszowe, tak obskurne i odseparowane od realiów świata, że w życiu nie przyszło mi do głowy, że dwie dekady później ktoś nakręci o tym pełnometrażowy film fabularny. Czy jest tak źle jak w wypadku American Satan? Fakt, masa głupotek się znajdzie, jednak w tym wypadku kontrowersyjny temat nie jest jedynie marketingowym nośnikiem do sprzedania światu nijakiej szmiry. Władcy Chaosu znajdują się o kilka (jeśli nie kilkanaście) poziomów wyżej. Skrajnie krytyczne opinie w internecie są zdecydowanie na wyrost, jednak o tym za moment. A teraz…

lords-of-chaos

Realizacja

Twórcy zrobili kawał znakomitej roboty. Åkerlund w sposób bezlitosny oddał wszystkie absurdy „troo cvltu”, sprawnie bawił się konwencją i (w bardzo uproszczonej formie, ale jednak) ukazał również podłoże psychologiczne całego zjawiska.  Zdjęcia stoją na wysokim poziomie, efekty specjalne nie powodują krwotoku z oczu, a kostiumy i scenografia prezentują się bardzo wiarygodnie. Mimo pozorów realizacja produkcji była nie lada wyzwaniem. Mamy tu elementy komediowe, dramat i gore w jednym – łatwo było zrobić z tego tandetną i nierówną historię. Sprawna realizacja spowodowała, że skakanie pomiędzy tak różnorodnymi stylistykami odbywało się bardzo płynnie, a seans (z uwagi na mało zwrotów akcji i bardzo nijakie budowanie napięcia) mogę śmiało zaliczyć do lekkiego i przyjemnego doświadczenia.  Również aktorzy wypadli bardzo wiarygodnie… z jednym wyjątkiem.

18483_lordsofchaos_still3_emorycohen__byna

Obsada

Rory Culkin wciela się w Euronymousa, twórcę i lidera Mayhem, który postanawia otworzyć zupełnie nowy rozdział w historii muzyki metalowej. Jest on jednocześnie najjaśniejszym elementem całej produkcji. Jack Kilmer jako Dead również wypada bardzo wiarygodnie i wielka szkoda, że jego wątek to zaledwie kilka pierwszych minut filmu. Problemem jest Emory Cohen jako Varg, lider i twórca Burzum, który ze swoim pierwowzorem ma tyle wspólnego, co Batman z jednorożcami. Wątek rywalizacji pomiędzy nim a Euronymousem jest wiodącą częścią obrazu i niestety znacząco wpływa to na odbiór całego filmu. Postać jest napisana źle, bardzo stereotypowo i chaotycznie, a jej motywy działania i prezencja wzajemnie się wykluczają. Oczywiście możemy wyłapać zamysł jaki przyświecał reżyserowi, jednak widać tu wyraźną niekonsekwencję w budowaniu bohatera. Tak – doskonale wiem, że Varg w istocie był świrem, jednak zupełnie innym od grubawego dzieciaka z tępym spojrzeniem starej kozy, którego obserwujemy na ekranie. Wielka szkoda, ponieważ Cohen ma na swoim koncie kilka całkiem sensowych ról i myślę, że przy jego potencjale można było znacznie lepiej wykreować postać kontrowersyjnego muzyka.

lords-of-chaos-1

Brazylijska telenowela

O ile pierwsza połowa filmu jest celną i dobrze poprowadzoną satyrą, o tyle w akcie drugim coś przestało grać.  Dramaturgia przeobraża się w tani melodramat, napięcie jest symboliczne, a wątki następują po sobie kropka w kropkę za informacjami znanymi z biografii muzyków na Wikipedii. W tym akcie muzyka schodzi gdzieś na trzeci plan i do samego końca obcujemy z kiczowatą dramą godną brazylijskiej telenoweli, której bohaterów przestajemy traktować na serio. Wielka szkoda, ponieważ obraz ma w sobie pewien niesamowity urok. Może przy kolejnym seansie lepiej przetrawię pewne decyzje twórców, jednak na chwilę obecną werdykt to:

5/10

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s