RECENZJA: KAPITAN MARVEL, CZYLI SPOKO FILM O SPOKO BABCE

Przyznam szczerze, że całe zamieszanie wokół najnowszego origin movie Marvela jednym uchem wpuszczałem i przetwarzałem, a drugim wypuszczałem. Nie sugerując się zbytnio przekonaniami samej Brie Larsson, której sodówka, może i do bani uderzyła (nie oszukujmy się, jest laureatką Oscara (za Pokój) i zapewne za obie marvelowskie produkcje skasowała grube siano), ale na sam film ma raczej wpływ nieduży, poszedłem do kina oczekując po prostu przyzwoitej przystawki przed daniem głównym, jakim jest niewątpliwie Endgame. I taką przyzwoitą przystawkę otrzymałem, zapewniam Was, że na upartego to mógł być film znacznie bardziej polityczny i feministyczny niż jest. 

Wydaje mi się, że tak na wszelki wypadek, gdybyśmy jednak mieli nie polubić nieco sztywnej i pozbawionej wspomnień bohaterki twórcy postanowili naszpikować film odpowiednią dawką Nicka Fury’ego i uroczego kiciusia imieniem Goose. Dzięki ich obecności nawet kiedy tempo filmu lekko siada na rzecz rozkminy na temat tożsamości Denvers ogląda się to mega przyjemnie i tym samym dwie godziny mijają momentalnie. Owszem jest to jeden z bardziej przewidywalnych filmów Marvela, znamy już te sztuczki, zabiegi upiększające, niektóre twisty są dość oczywiste, inne zaskakują tym, że jednak nie są tak wyrafinowane jak można by podejrzewać. Grunt, to wkręcić się w ten najntisowy klimat: Carol raczej nie przypadkowo rozbija się w wypożyczalni wideo, a paradując w koszulce Nine Inch Nails chcąc nie chcąc wywołuje przyjemne wspomnienia względem muzyki rockowej z tamtego okresu, której jest w filmie całkiem sporo.

Fabuła jako taka wielce porywająca nie jest: mamy klasyczny konflikt rasowy, główna bohaterka poza poszukiwaniem tożsamości uczy się także panować nad swoimi mocami, a pomaga jej w tym sam Jude Law. Im bardziej przyziemny jest ten film, tym przyjemniej się go ogląda, jako autonomiczne przedstawienie jest takim sobie filmem 6/10, lecz jako kolejny element endgame’owej układanki daje nam pewien istotny wgląd w to dlaczego pewne rzeczy już miały miejsce, oraz podpowiada co wydarzyć się może. A sama Kapitan ze sztywnej wojowniczki przemienia się na naszych oczach w postać, którą, serio, serio, da się polubić na tyle, by nie mieć jej potem za złe jeśli odegra istotną rolę w finałowej rozgrywce z Thanosem. Szczególnie, że Brie samą urodą raczej przypomina kumpelę-ziomeczkę niż wyniosłą, choć przecież także dającą się lubić Czarną Wdowę. Być może na korzyść Denvers świadczy fakt, że kiedy odkrywa swój potencjał to nie traktuje go stricte na poważnie, nieźle wywija w scenach walki i całkiem trafnie puentuje potyczki słowne z poszczególnymi postaciami. Właśnie… Humorek. Humorku oczywiście nie brakuje i choć jest już tu kilka oklepanych motywów typu „superbohater z innej galaktyki nie kuma ziemskich przedmiotów i przez to wychodzi na głupka” to jakoś to nie uwiera. Szczególnie, że L. Jackson jest tutaj na pełnym wyluzowaniu, a futrzak będący ewidentnym „rolling joke” z miejsca kupuje widza swoim urokiem i… yyyyy… zastosowaniem?

Podsumowując, ten cały hurr durr wobec tego filmu jest jak dla mnie nieuzasadniony. Owszem, film wydaje się nieco spóźniony, posiada wszystkie wady i zalety originowych historii wg Marvela, ale nie męczy, nie nudzi, nie dłuży się. Jest po prostu dobry, a ocenę do 8/10 podbijam za muzę, kota i koleżkę co oko stracił w wielkiej bitwie. No i propsuję scenkę ze Stanem Lee, świetna jest 😀 Idźcie do kina jak jesteście fanami tego uniwersum, nie doszukujcie się tam cholera wie czego, wyluzujcie, obniżcie oczekiwania i bawcie się dobrze!

 

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s