RECENZJA: TO MY, CZYLI NAJLEPSZY HORROR (?) TEGO ROKU!

Jordan Peele wyrasta nam na bardzo sprawnego obserwatora współczesnego świata. Posiłkując się rozwiązaniami rodem z najlepszych filmów grozy zdążył już utrzeć nosa zwolennikom klasycznie rozumianych filmów grozy otrzymując Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny za fantastyczne, moim zdaniem oczywiście, Get Out. Jeśli To my ma być „jedynie” kolejnym elementem układanki w jego niepokojącym uniwersum, to nic tylko czekać, aż stworzy kolejny, jeszcze bardziej powalający obraz. Póki co reżyser, scenarzysta i producent w jednej osobie szlifuje swój warsztat proponując film bawiący się nie tylko utartymi schematami, ale też w cierpki sposób komentujący współczesne United States of America (Us to tytuł wieloznaczny, ale o tym za chwilę). 

Peele nawet nie próbuje nas oszukać, że stara się stworzyć dzieło wybitnie oryginalne. W początkowej scenie widać kilka kaset wideo z tytułami filmów, którymi się inspirował, a sielankowy klimat rozlewający się po niepokojącej introdukcji ze zbliżeniem na króliki w klatkach odsyła mnie do przełomowego dla kinematografii obrazu Michaela Haneke – Funny Games, któremu Peele składa dość bezpośredni w kilku scenach. Nawet te początkowe, pokazujące zwyczajną rodzinkę sceny są podszyte czymś niepokojącym, wiszącym nad głowami bohaterów fatum, które eksploduje wraz z pojawieniem się na podjedźcie tajemniczej rodziny będącej zniekształconą kopią sympatycznych Wilsonów. Nie dajcie się zwieść, że długaśne wprowadzanie widza w w opowieść jest jakimś tam leniwym scenopisarstwem, bądź przeciąganiem eksplozji przemocy. Us w dialogach jest bardzo mocnym komentarzem społecznym dotyczącym podziału na klasy, na biednych i bogatych, manipulujących i manipulowanych przez rząd. Us jest na dobrą sprawę zapisem apokalipsy dotykającej Stany Zjednoczone w sposób, którego wcześniej nie widzieliśmy.

Zapewne słyszeliście kiedyś, że niemal każdy człowiek na świecie ma swojego klona, swój odpowiednik, żyjący sobie gdzieś na świecie. Niemal identyczny pod względem wyglądu, zupełnie inny pod kątem charakteru, wychowania i tak dalej. Za zabawne uznaje się też, że na świecie jest sporo rozmaitych Kowalskich, Nowaków, ludzi o identycznych imionach i nazwiskach. Us podejmuje problem tożsamości nie tylko fizycznej, ale psychicznej, a także, jak to było poprzednio, w Get Out, duchowej. Bazując na filmie z gatunku home invasion przeinacza horrorowe klisze, dokarmia nas czarnym humorem nawet w najbardziej dramatycznych momentach, a kiedy trzeba jeży włos na głowie aktorskim kunsztem Lupity Nyong’o i świetnej na drugim planie Elizabeth Moss. I mimo, że film w dużej mierze skupia się właśnie na postaci Adelaine i jej przerażającej kopii imieniem Red to pozostali bohaterowie nie są jedynie ozdobnikami, zarówno Winston Duke w roli Duke’a, męża Ade, jak i dzieciaki wykorzystują swój podwójny potencjał ekranowy z nawiązką.

Peele w niczym się nie ogranicza. Wyciąga stare hip-hopowe klasyki, dając im drugie życie w rewelacyjnym soundtracku, cytuje gigantów kina grozy i serwuje nam właściwie kilka finałów całości pozostawiając tak czy siak w ogromnym niedosycie. I choć plot twisty wydają się po seansie oczywiste, to, że się tak brzydko wyrażę, mają ogromne pierdolnięcie. Widać, że jest to projekt autorski, który trafił na podatny grunt komercyjny, sprawdzający się jako kino rozrywkowe, popcornowe, będące jednocześnie artystycznie bardzo świadome, stylowe, z rekwizytami, dzięki którym go zapamiętamy (czerwone stroje, złote nożyczki, rękawiczki). Us jest na takich samych prawach slasherem, satyrą, rodzinnym dramatem, anty-komedią, wszystkim po trochu. I zasługuje na docenienie przez Akademię także na kilku płaszczyznach. Po pierwsze: Lupita! Jej odhumanizowany, drażniący głos jaki wydaje z siebie Red jest niesamowity, czegoś takiego ta aktorka jeszcze w swoim dorobku nie miała. Po drugie: soundtrack! Przerobienie hitu Luniza I Got 5 On It na ścieżkę dźwiękową rodem z najgorszego koszmaru będzie pamiętane po latach równie mocno jak finałowy motyw z Piły. A to w jakich okolicznościach ten utwór powraca w filmie, w jakiej scenie jest wykorzystany… DAMN! Do tego dochodzi jeszcze charakteryzacja, kostiumy, i sama historia, która powinna uwieść Akademię jeszcze mocniej niż Get Out!

Nie oszukujmy się, to jest film, który przypadnie do gustu wszystkim maniakom kina grozy, bo horror jest tutaj pretekstem do psychologicznej rozgrywki i rozprawienia się z tym, czego Amerykanie boją się najbardziej. Nie jest to film, koniec końców, o czarnoskórych dla czarnoskórych, ale gdzieś tam podskórnie jest o rasizmie i uprzedzeniach wobec odmienności. Jest przede wszystkim o tym co pod powierzchnią, o tym, że Ameryka wciąż się próbuje pozbierać, przepraszać za błędy, że dalej szuka swojej tożsamości i tonie w lękach. Jest tu dramat zarówno jednostki jak i całego kraju. I czasem wywołuje dreszcze przerażenia, innym razem zażenowania lub wstydu. Za kilka lat to będzie klasyk, powiadam ja Wam. Więc oglądajcie uważnie i miejcie na uwadze, że to dzieło zupełnie inne od Get Out! choć dziejące się prawdopodobnie w tym samym uniwersum, (Peele temu nie zaprzecza, ale też oficjalnie nie potwierdza). 9/10, czekam, aż będzie mi dane zobaczyć go drugi raz!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s