RECENZJA: BRIGHTBURN: SYN CIEMNOŚCI, czyli Zły Superman w rękach jeszcze gorszego reżysera

Czerwona peleryna, wielkie S na klacie, lateksowe wdzianko oraz niezwykłe moce, takie jak niesamowita siła, zdolność latania czy laser w oczach. Któż nie zna tej legendy komiksu? Postać Supermana w kinie i telewizji była ukazywana już nie raz, z lepszym lub gorszym skutkiem. A co by było gdyby ów bohater okazał się złem wcielonym? Taka myśl musiała zaświtać w głowie reżysera Syna Ciemności , który stwierdził, że to świetny pomysł na film! A zróbmy połączenie horroru i kina superbohaterskiego, przecież to plan życia, zarobimy miliony monet! No nie zarobili XD Szkoda tylko, że na ciekawym pomyśle się skończyło. Otóż tak, Brightburn to tytuł totalnie nieudany. Co poszło nie tak?

Hmmm… bardzo dużo rzeczy poszło nie tak, nawet trudno stwierdzić, który element powinien znaleźć się na pierwszym miejscu tego niemożebnego syfu. Zacznijmy od początku. Wspomniałem, że będziemy mieli do czynienia z Supermanem, który będzie złym charakterem do szpiku kości. Oczywiście, w filmie jego imię nie jest wspomniane, to swojego rodzaju inspiracja i punkt wyjściowy, jednak gołym okiem widać z kim mamy do czynienia. Już jego pojawienie się na ziemi żywcem jest ściągnięte z kartek komiksu. Tori i Kyle to małżeństwo, które od lat stara się o dziecko, ale wszelkie próby kończą się niepowodzeniem, jednak pewnej nocy dochodzi do cudu. Na Ziemię przybywa w tajemniczym statku niemowlak i dochodzi do natychmiastowej, „miedzygalaktycznej adopcji”. I wszystko jest idealnie, nawet nikt się nie zastanawia skąd para ma nagle dziecko, a oni wcale nie są zdziwieni tym, że przybyło ono z kosmosu. Jak bardzo się zdziwią, gdy ich ukochany syneczek Brandon w wieku 12 lat zacznie przechodzić młodzieńczy bunt, a trzeba przyznać, że będzie to wyrażał w dosyć osobliwy sposób. Odkrywanie swoich mocy – rzucanie kosiarkami w dal, wykręcanie paluszków koleżankom, czy zjadanie sztućcy na śniadanie to dopiero początek! Dzięki temu, że kochani rodzice zostawili pod szopą statek-matkę nasz przyjemniaczek w końcu odkryje ów przedmiot i…stanie się zły.

undefined

Tak, dokładnie, tak! Tak nagle, ni z tego, ni z owego Brandon rozpocznie swoje mordercze działania. I to jest podstawowy problem. Jego działania są totalnie randomowe, jego nagła przemiana jest pozbawiona logiki, czy jakiejkolwiek wytłumaczenia dlaczego tak się dzieje. Nie mówiąc już o tym, że nie wiemy totalnie NIC o tym, kim jest nasz syn ciemności. Hurr Durr – nagle będę zły i zacznę siać terror, a widzowie niech się nie ważą zadawać pytań! Co więcej, rodzice pomimo tego, że ich synek zachowuje się doprawdy ponadprzeciętnie zaczynają zadawać pytania o wiele za późno, szczególnie matka, która była świadkiem lewitowania w powietrzu czy gadek w dziwnym języku, ale luz, to przecież lunatykowanie. Takich głupot w filmie jest co nie miara, a szybkie tempo przy dosyć krótkim, połtoragodzinnym metrażu potęguje nasze uczucie, że reżyser nie wie, co robi. Zupełnie. Czuć, że produkcja jest poszatkowana, brakuje paru scen między kolejnymi sekwencjami, które wpłynęłyby na płynność całej historii oraz przynajmniej minimalnego wytłumaczenia pewnych faktów, chociażby zachowania naszych głównych bohaterów. Kolejnym mankamentem jest brak utożsamiania się z postaciami, nie jesteśmy w stanie nikomu kibicować. To film, który ogląda się totalnie bez emocji, a niezniszczalność Brandona jest po prostu…nudna. I skoro wiemy, że jest nie do pokonania to w jakikolwiek sposób możemy dopingować tę drugą, dobrą stronę, która powoli odkrywa z czym ma do czynienia?

undefined

Reżyser również nie potrafi zasiać nutki grozy, a skoro mamy do czynienia z horrorem to aura strachu byłaby wskazana. Nagłe wyskakiwania zza rogu nie spowodują, że będę siedział niespokojnie na fotelu i bał się głęboko oddychać. To totalnie nie działa… Za to działa nasz zmysł estetyczny, osoby bardzo wrażliwe na sceny gore związane z oczami czy zębami mogą odwrócić wzrok, aby nie oglądać tych sekwencji. To akurat się udało, pomimo tego, że sensu w tym za dużo nie ma wygląda to chociaż kreatywnie. To samo tyczy się to końcówki filmu, która jest jedynym, akceptowalnym momentem tego „wielkiego kina”. Mam wrażenie jakby nagle ktoś inny zaczął pracować na planie, jest dużo fajnych momentów, ciekawej pracy kamery i pomimo tego, że jest srogi rozpierdol jest to najbardziej sensowne dziesięć minut całej produkcji. Przy niskim budżecie ( 8 mln $ ) to trzeba przyznać, że technicznie w większości przypadków film jest zrobiony przyzwoicie.

To mógł być naprawdę interesujący film, jednak sam pomysł to nie wszystko, jeśli nie ma się żadnej koncepcji na przedstawienie widzowi podstawowych faktów. Twórcy najwyraźniej stwierdzili, że „jakoś to będzie” i łykniemy całą fabułę jak pelikany. Z zaciekawieniem będziemy obserwować przemianę niewinnego dziecka w SuperDemona, do tego damy mu takie same moce jak Supermanowi, a nawet czerwony koc, który będzie jego peleryną. Nie tędy droga… Gdyby ten film nie traktował się tak śmiertelnie poważnie i tak totalnie nie miał w dupie widza to mogłaby wyjść z tego całkiem przewrotna, kreatywna i przyjemna produkcja. Poza kilkoma przebłyskami jakichkolwiek chęci, finalnie wyszło naprawdę źle do tego stopnia, że aż zatęskniłem do Supermana od DC… Trzymajcie się lepiej z daleka.

 3/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s