RECENZJA: DETEKTYW PIKACHU, czyli w poszukiwaniu złotego środka

Kiedy byłem gówniarzem, do podstawówki chodzącym panował totalny szał na Pokemony. Zbieraliśmy tazosy, naklejki z gumy Boomer, karty wszelakiej maści, miałem nawet Pikachu-skarbonkę, oraz piżamę, za której posiadanie mnie raz nawet wyśmiano. Hype na „chińską bajkę” zredukowały zmieniające się czasy, a także dojrzewanie pokoleń nań wychowanych. Aplikacja Pokemon GO okazała się strzałem w dziesiątkę, sentymentalnym powrotem do krainy wyobraźni, która kreowała świat tak właściwie pokazany nam w Detektywie Pikachu. Pierwsze zauroczenie grę będącą przecież wariacją na temat klasycznych Poke-gier u wielu graczy minęło bardzo szybko, choć znam wielu graczy dalej siedzący po uszy w, nie oszukujmy się, dość bezcelowym zbieraniu stworków. Pokemony są jednak na tyle wdzięczną do obróbki marką, że pomysł na ten film choć dość wariacki z punktu wyjścia zdołał chwycić zarówno dzieciaki, nastolatki, jak i osoby, w moim wieku, a wiedzcie, że bliziutko mi do trzydziestki.

Spece od wywąchiwania trendów w popkulturze doskonale zdawali sobie sprawę, że zatrudnienie Ryana Reynoldsa do dubbingowania Pikachu jest zabiegiem, który ściągnie do kin fanów Deadpoola podejrzewających, że dzieło w reżyserii Roba Lettermana („Rybki z ferajny”, „Szeregowiec Dolot”), będzie miało w sobie pierwiastek niegrzeczności. Problem polega na tym, że te wszystkie drobne, sprośne żarciki mają moc cichutkiego, niewyczuwalnego pierdnięcia i raczej na dorosłym widzu wielkiego wrażenia nie zrobią, mogą co najwyżej wywołać konsternację, bowiem nie jest tu aż tak familijnie jakby się mogło wydawać. Cała intryga i towarzyszące jej twisty też są średnio wciągające, choć z drugiej strony mogą być średnio zrozumiałe lub zbyt mroczne dla najmłodszych. Punktem wyjścia jest tutaj śmierć ojca głównego bohatera, który najwyraźniej wiedział za dużo o eksperymentach przeprowadzanych na Pokemonach w świecie, gdzie między ludźmi a stworkami panuje niezachwiana dotąd harmonia. Pokemoniastą katastrofę może powstrzymać jedynie dość zmęczony życiem nastolatek imieniem Tim (Justice Smith) oraz rozgadany, przeuroczy gryzoń.

Nie potrafię być jednak zbyt surowy dla samej, starającej się trafić w tak zwany złoty środek fabuły, bowiem cała poke-otoczka przyjemnie odsyła mnie do czasów beztroskiego dzieciństwa ratując film przed szukaniem na siłę dziur w scenariuszu, czy przejmowaniem się błahym morałem. Jest w tej produkcji ten urok połączonych ze sobą światów, Ryan Reynolds wydaje się świetnie bawić swoją postacią i kiedy śpiewa na smutno piosenkę z czołówki serialu, to ja mu wierzę. Warto też zwrócić uwagę na postać sparaliżowanego filantropa granego przez Billa Nighy’ego, który także wydaje się dobrze odnajdować opowiadając o tym jak ważna jest dla niego równowaga między światem ludzi i poków. Podoba mi się też, postarano się w filmie o sięganie do innych gatunków filmowych. Jest więc scena puszczająca oczko do fanów filmów grozy, jest sporo ukłonów w stronę kina przygodowego, a nawet jakiś odprysk kryminału noir podczas przesłuchiwania Mr. Mime’a.

Radzę więc oglądać ten film przy zminimalizowanych oczekiwaniach, a wyjdziecie z kina zadowoleni, choć bez większych refleksji na temat samego seansu. Jeśli ma to być pierwsza cegiełka do pokemoniastego uniwersum, a takie sugestie mi się z filmu udało wyłowić, to nie jest aż tak źle jak krytycy uważają. Wystarczy dać się ponieść tej dziecinnej stronie naszego jestestwa i zauroczyć słodkim pikaniem żółciutkiego stworka. Dobra rozrywka i nic ponad to.

7/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s