PREMIERA: BLACK MIRROR – SEZON 5, czyli bardziej o człowieku niż o technologii

Black Mirror w mniejszej dawce niż ostatnio (zaledwie trzy nowe odcinki) tym razem zaserwowało nam historie bardziej ludzkie i jakby mniej przygnębiające niż ostatnio. Fani już od jakiegoś czasu narzekali na to, że seria utknęła w miejscu i przestała być przerażająca jak kilka lat temu. Poniekąd jest to prawda, bowiem oglądając poszczególne segmenty nie za bardzo czułem się zastraszony, technologiczny terror nieco poszedł w odstawkę, za to pozostało nienaganne wykonanie, wysokiej próby aktorstwo i całkiem ciekawe historie same w sobie. Mam jednak szczerą nadzieję, że twórcy w kolejnych sezonach, o ile takowe powstaną, postawią na mroczny, dołujący ton w znacznie większym stopniu. Postanowiłem streścić Wam swoje odczucia względem tych trzech odcinków, wystawiając im indywidualne oceny. Piszcie więc, który epizod tego sezonu podobał Wam się najbardziej i dlaczego! 

STRIKING VIPERS. Anthony Mackie wciela się w rolę nieco zmęczonego swoim małżeństwem faceta, który daje się wciągnąć w grę video do złudzenia przypominającą Tekkena. Różnica jest jednak taka, że wraz ze swoim kumplem jest w stanie przenieść swój umysł do wirtualnego ciała. Początkowo panowie po prostu się ze sobą nawalają, wkrótce jednak ich avatary, że się tak wyrażę zaczynają ze sobą gorąco romansować. Pojawia się więc moralna rozterka: czy to już jest zdrada? Warto dodać, że kumpel głównego bohatera wciela się w atrakcyjną Azjatkę więc nie do końca jest to romans homoseksualny… Taaaak, takie rzeczy tylko w Czarnym lustrze. Na moje oko ten odcinek jest odrobinę za długi, można by to tak skrócić o 10, 15 minut i wtedy byłoby okej. Zabrakło mi ociężałego klimatu znanego z poprzednich sezonów, choć cieszy dość wariacka puenta całości. Ogólnie mocne 7/10, to jeden z tych odcinków, do których będę wracać najrzadziej.

SMITHEREENS. To całkiem zgrabna, choć także mocno rozwleczona w czasie czarna satyra wymierzona w portale społecznościowe, w to jak potrafią niszczyć naszą prywatność, relacje międzyludzkie, i o tym jak uzależnienie od nich potrafi doprowadzić do szaleństwa. Strzałem w dziesiątkę było obsadzenie w roli głównej Anderw Scotta (Moriarty z Sherlocka), który wciela się w zdesperowanego kierowcę taksówki, który porywa stażystę z wielkiej korporacji. Grozi, że jeśli nie porozmawia z założycielem tytułowego portalu społecznościowego to zabije Bogu ducha winnego młodzika. Zdecydowanie ten odcinek jest najbliższy naszej rzeczywistości i równie dobrze mógłby nazywać się Facebook. Kilka scen dość brutalnie obnaża nasze ześwirowanie na punkcie odświeżania tablic, sprawdzania lajków, komentarzy, powiadomień, tego całego właściwie nieistotnego w życiu stuffu dominującego naszą współczesną egzystencję. Ten epizod ma znamiona starego, dobrego BM, choć i w nim jak wspomniałem nie brakuje kilku humorystycznych akcentów, bardzo czarnych, ale jednak. Szczególnie pod koniec kiedy pojawia się w końcu założyciel rzeczonego portalu grany przez zblazowanego Tophera Grace’a. Za całokształt 8,5/10, są momenty trzymające w napięciu, ale całość można by skondensować do 50 minut zamiast godziny i 10 minut.

RACHEL, JACK AND ASHLEY TOO. No i to jest odcinek, który swoją ponad godzinną długość wykorzystuje jak należy! Nie byłem przekonany co do obsadzenia Miley Curys w roli idolki nastolatek, ale im dalej w fabułę tym więcej samokrytyki i rewelacyjnej zabawy postacią tutaj widzę. Rachel prosi swojego ojca (jego wątek jest dziwaczny, komiczny i nieco oderwany od rzeczywistości, ale ma świetne zastosowanie w fabule) o elektroniczną lalkę Ashley Too, która mówi głosem słynnej piosenkarki. Której historia dzieje się równocześnie z wątkiem Rachel i jej zbuntowanej siostry Jack. Ashley O jest produktem działań marketingowych swojej ciotki, która pozwala na faszerowanie ją lekami, która odbiera jej całą radość życia i generalnie jest czarnym charakterem tego epizodu. Jest to odcinek krytykujący zarówno fanatyzm wobec swoich ulubionych artystów, szpila wbijana w interaktywne, coraz dziwniejsze zabawki, oraz przede wszystkim w zdegenerowany rynek muzyczny pełen artystów wydmuszek, lub więźniów określonego wizerunku. Jednocześnie jest to największa jazda bez trzymanki w tym sezonie, wcale się nie zdziwię jeśli oglądając będziecie się też śmiać, bowiem nie brak tu ostrych, zabawnych dialogów i dość pokrętnie zabawnych scen. Dla mnie ten epizod to zdecydowanie 10/10, muszę przyznać, że Miely w swojej roli była bardzo przekonująca, choć dalej jest mi mega daleko do akceptowania jej artystycznych wybryków.

Podsumowując, jest to pierwszy sezon BM, po którym nie złapały mnie technologiczne lęki, raczej pojawiła się akceptacja tego co nadejdzie i jak to może wyglądać. To najbardziej ludzki ze wszystkich sezonów, pokazujący dość mocno opór wobec tego co nadchodzi, jest swoistym rozrachunkiem z tym co już osiągnęliśmy. BM nawet w lekkiej zadyszce wciąż jest serialem wartym uwagi, może i pozbawionym dawnego pazura i skrajnie depresyjnego wydźwięku, ale dalej nie pozostawiającego widza obojętnym wobec techno-cyber świata. Najlepiej Wam ten sezon wejdzie bez odnoszenia się do poprzednich, to wciąż wysokooktanowa produkcja, która może i nie wybucha nam już w twarz, ale za to pozostawia w ciele widza uwierające tu i ówdzie szklane odłamki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s