PREMIERA: MIDSOMMAR, czyli szwedzki rytuał przepracowania traumy

Jeśli nie podobał Wam się poprzedni obraz Ariego Astera, czyli Dziedzictwo. Hereditary, spokojnie możecie porzucić czytanie tego teksu dalej. Reżyser konsekwentnie trzyma się swojego stylu, czerpiącego z dokonań takich mistrzów jak Kubrick chociażby. Midsommar trwa blisko dwie i pół godziny, akcja budowana jest niespiesznie, a rzeczywiście jeżących włos na głowie scen jest tutaj niewiele. Nie o to w tym filmie jednak chodzi by wystraszyć widza dosłownością i krwawymi scenami (choć tych kilka też się tutaj znajdzie). Midsommar terroryzuje przede wszystkim na poziomie psychologicznym i w dużej mierze od wrażliwości na ludzkie dramaty zależy to czy film nam podejdzie. 

Główna bohaterka Dani, grana przez Florence Pugh dźwiga na swoich barkach stratę rodziców oraz siostry. Czuje, że swoimi emocjonalnymi atakami uprzykrza życie chłopakowi Christianowi (Jack Reynor). Jej rozchwianie jest fundamentalne dla kryzysu w ich związku, niewypowiedzianego, jedynie sygnalizowanego, bowiem Dani i Christian nie za bardzo potrafią ze sobą rozmawiać, od czasu tragedii w rodzinie. Szansą na odświeżenie relacji i przepracowanie traumy ma być wyjazd do Szwecji, do rodziny przyjaciela bohaterów, która już na zdjęciach wydaje się zapatrzona w archaiczne rytuały i miłowanie natury. W drugim akcie filmu bohaterowie trafiają niewielką grupką do malowniczej, niemal odciętej od świata społeczności, która przyjmuje ich z otwartymi ramionami. Midsommar sprzedaje się nam jako horror, więc szybko idzie się skapnąć, że za uśmiechniętymi buziami lokalsów czają się potencjalni psychole podjarani oldschoolowymi rytuałami.

Midsommar nie jest filmem, na wskroś oryginalnym, dość wyraźnie czerpie z nomen omen kultowego horroru Kult z 1973 roku (The Wicker Man), w którym przerażające rytuały są na porządku dziennym. Aster najwyraźniej upodobał sobie traumatyzowanie widzów pokazując im umęczonych psychicznie bohaterów, którzy w pewnym momencie wchodzą na wyższy, nadprzyrodzony level. Reżyser nie epatuje przesadnie obrzydliwymi scenami, często każąc nam ruszyć wyobraźnią, dopowiedzieć sobie co wydarzyło się po nagłym zniknięciu jakiegoś bohatera. Oczywiście nie brakuje tu „smakowitego” gore, które przypomina nam, że mamy do czynienia z kinem grozy, które ma potęgować napięcie i brutalność rytuałów dziejących się w samym środku dnia, ale w centrum wydarzeń jest tu przede wszystkim Dani, która nieświadomie staje się częścią rytuału oczyszczenia, pogodzenia się ze stratą najbliższych.

Niedoskonałości warstwy fabularnej, która jest dość prosta i momentami charakteryzuje się odhaczaniem dramatycznych/horrorowych klisz skutecznie maskują fantastyczne zdjęcia autorstwa Pawła Pogorzelskiego. Obcujemy z naturą, która w rękach ludzi może być śmiertelnie niebezpieczna, z miejscami, które przerażają przyjazną, słoneczną aurą. Lwią robotę odwala tutaj praca kamer, które nie szczędzą nam długich ujęć,  schizowych obrotów, pokazujących ogrom terenu odciętego od świata z lotu ptaka. Im bliżej końca tym bardziej uderza do głowy swoista klaustrofobia mimo wciąż otwartej przestrzeni.

Warto też słuchać dźwięków otoczenia, oraz czerpiącej z folkloru muzyki (The Haxan Cloak!), subtelnej, choć momentami dającej się we znaki. Ta oniryczna aura jest w Midsommar cholernie zwodnicza, złowieszcza i zdecydowanie wybijająca się wśród innych filmów grozy. Aster stworzył środowisko, w którego istnienie nietrudno uwierzyć, choć jest to społeczność, której absurdalne zachowanie bohaterowie z zewnętrznego świata dość celnie krytykują. Aster podobnie jak w Hereditary uznaje wiarę, religijność, za coś niebezpiecznego,  choć nie wyklucza istnienia sił nadnaturalnych. Paradoksalnie jednak Midsommar twardo stąpa po ziemi, niebezpiecznie ocierając się o kicz i tandetę, raczy nas podczas seansu kilkoma wprawiającymi w zabawną konsternację scenami, ogrywa to samo co w Dziedzictwie tylko w inny sposób.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy ten film łyknie, sporo osób się od niego odbije, uzna, że zmarnowało ponad dwie godziny na wizję, która nie wyrywa trzewi strasznymi scenami. Midsommar to narkotyczna medytacja nad istotą straty i poszukiwaniu się na nowo po niej. Midsommar to wizualna uczta dla zmysłów, ten film pulsuje, nawołuje nas swoim własnym językiem, mierzi, intryguje, wciąga, bawi i przestrasza. Nie jest horrorem w potocznie, współcześnie rozumianej definicji. I choć w dalszym ciągu bardziej przemawia do mnie groteskowy Jordan Peele ze swoim Get Out Us to Aster depcze mu po piętach. To jest dobry rok dla ryjących łeb filmów, oby więcej takich dziwnych niespodzianek w najbliższych miesiącach.

8/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s